piątek, 15 września 2017

Wild Grass w Escorias i Alte Rosa


Dni pełne letniego słońca przeminęły, niestety. Chociaż lato tego roku było niezwykle udane, może nawet aż za bardzo, bo upały nam doskwierały okropnie.. to jednak niechętnie się z nim rozstaję. Tylu miejsc jeszcze nie odwiedziliśmy w tym naszym nowym zakątku, tyle spraw jeszcze do poznania i odkrycia, a tu już trzeba sandały na skarpety i nieprzemakalne obuwie wymienić, koniec z brodzeniem po rosą zroszonej trawie, koniec z kamykami w klapkach, koniec z piegami na nosie.. 

Kraina w której od wiosny pomieszkujemy to właściwie dolina rzeki. Zaledwie 15 minutowy spacer dzieli mnie od nadrzecznej fauny i flory. Szczęśliwie przyszło nam mieszkać nareszcie na terenie nizinnym i tą otwartą przestrzenią nie mogę się nacieszyć. Chociaż wzrok już nie taki jastrzębi, sięganie wzrokiem po linię horyzontu nabrało w tym nowym miejscu innego znaczenia - bo on, ten horyzont, prędzej się  mi rozmywa niż kończy! Oprócz masy plusów zdarzają się też i maleńkie minusy - ogromne przeciągi.. Nie wiem jak to moja głowa zniesie, ale nie zamierzam się poddawać ;) Cóż, szybciej zacznę nosić czapki.. Czy wrzesień to jeszcze za wcześnie? 

Inną sprawą jest to, że oprócz naturalnych zalet, jakie to nowe miejsce do mojego życia przyniosło, jak chociażby spokój ducha.. to mnóstwo dziewiarskich atrakcji, które bezustannie zaprzątają moją głowę. Jak już wiecie, jedna wyprawa do pewnego cudownego lokalnie położonego sklepu zakończyła się, lub raczej powinnam powiedzieć, rozpoczęła okres dziewiarskiej weny i współpracy. Pierwszy projekt już się testuje, drugi wskoczył na druty i rośnie  sobie spokojnie.. 

Tym nowym projektem chcę Was porwać na mały spacer do mojego nowego zakątka. Te czarne dzikie trawy z lekką różową poświatą, to roślinność typowa dla mojej okolicy. Żywe, tańczą na wietrze radośnie, ususzone zamieniają się w pomnik przyrody, który nie tracąc nic ze swojego głębokiego smolisto-różanego odcienia, zdobi moje wnętrza.. Pod warunkiem, że Odisiu ich nie wypatrzy, bo on raczej ich fanem nie jest ;) 

Powstaje zatem niespiesznie projekt wyzwanie, polską ręką mutikulturowo przeplatam włóczkę od Malabrigo w kolorze Escorias z niemiecką Alte Rosa od Q-Lany. I dobrze mi z tym przeplataniem, bo chociaż napotykam masę trudności po drodze, nijak nie spada mi zapał w kontynuowaniu tej różanej przygody.. 

Co prawda muszę sobie raz na jakiś czas powtarzać, że ja to lubię okrągłe karczki, bo to wyzwanie jest, a wiadomo, że jak wyzwanie to i pruć czasem trzeba, czasem trzykrotnie (mam nadzieję, bo nie wiem czy 4 podejście do prucia mojego zapału jednak nie nadwyręży!) - no ale bez prucia nie ma lepszego rezultatu, bez błędów nie ma nauczki, a bez przygód to nawet dzianina mniejsze ma dla mnie znaczenie. Stąd nie poddaję się i działam, pomimo wiatru wiejącego w twarz, pomimo zakrętów ciężkich i cofania się do początku.. Progres to nie zawsze szybki sukces - to przede wszystkim droga do niego.. Więc kroczę.. powoli ale czasami nawet do przodu. 



Chciałabym jednak pewien etap w dzianinie osiągnąć, żeby w najbliższy weekend zabrać go ze sobą na spotkanie dziewiarskie. Ostatnio popełniłam dwukrotnie ten błąd i zabrałam ze sobą skomplikowany wzór warkoczowy na lokalne spotkanie dziewiarek. Chociaż mieszkam w Niemczech już od jakiegoś czasu, wciąż język ten sprawia mi trudność. Dzierganie i słuchanie ze zrozumieniem tegoż malowniczego języka, w oczekiwaniu na to serce i rdzeń zdania, czyli czasownik, który w języku niemieckim lubi na końcu zdania wystąpić, graniczy z cudem. A dzierganie warkoczy to już w ogóle porażka.. Na jednym spotkaniu przerobiłam 4 oczka, na drugim 24 - i w obu przypadkach musiałam pruć po powrocie.. ;)  Mam jednak nadzieję, że za chwilę przekroczę granicę skupienia, zakończę co najtrudniejsze i zostanie mi już jedyne słuszne prawe, idealne na pogaduchy :) 

W tym projekcie przynajmniej 2 nowe metody dla mnie odkryłam. Bajecznie usprawniają pracę.. ale o tym może już w kolejnych częściach o tym projekcie! 

Na koniec już zupełnie, Ślicznie Wam dziękuję za cudowne komentarze pod adresem Basic Cardi, zaprezentowanego w poprzednim poście! Przepraszam, że nie odpowiedziałam na Wasze komentarze od razu, każdy jeden czytałam jednak z uśmiechem od ucha do ucha! I bardzo za nie dziękuję :) Przemyślałam sprawę i... będzie wzór! Najtrudniejsza część za mną, po weekendzie zamierzam kontynuować prace nad nim i niebawem mam nadzieję rozpocznę test (może w przyszłym tygodniu.. zobaczymy). 

A tutaj (po naciśnięciu na grafikę w cudowny sposób przetransportujesz się do mojego nowego miejsca w sieci, czyli do mojej grupy na ravelry!)



.. tutaj przyszłe testy, publikacje, współprace i rozmowy na temat dziergania według moich projektów odbywać się będą.. :) Grupa jest młodziutka i dopiero się rozwija, i ja też, bo jako moderator występuję po raz pierwszy i wciąż napotykam w związku z tym na trudności, ale cieszy mnie niezmiennie to, że to miejsce powstało, bo przynosi ze sobą masę dobrej energii! 

Zapraszam zatem tam i Ciebie! 

I raz jeszcze dziękuję ukrytemu Bohaterowi tego posta, bo to dzięki Niej powstała ta wyżej  przedstawiona grafika, którą z dumą nazywam moim logo - To Małgosia, Gosikiem znana (klik), zapewne znana i Tobie ze względu chociażby na niezwykłe wyczucie kolorystyczne w dobieraniu kolorów, czy bajeczną dbałość o detale i szczegóły w tworzeniu dzianin, czy chociażby ze względu na fantastyczne fotografie, zarówno dokumentujące proces dziergania jak i te prezentujące Gosię w jej gotowych dzianinach! Gosia jest mistrzem wielu sfer... i ma talentów masę... 

..i bezustannie mnie inspiruje! a jej zdjęcia to takie moje okno do lepszego świata, druga strona lustra.. Tam jest magia tworzenia i oplatania się sznurem zaklęta.. i tam jest po prostu spokój.. jak mi jest źle wpadam sobie na jej instagramowe konto i od razu świat mi się lepszym jawi.. 

Dziękuję Gosiu za wsparcie i pomocną dłoń w każdym momencie naszej już paroletniej przygody :* :* :* 

A Tobie, Drogi Czytelniku, życzę miłego zbliżającego się już weekendu! 

Wyjdź na spacer poszukać kasztanów, może już są?! 

Buziaki! i do następnego razu!

niedziela, 27 sierpnia 2017

Basic cardi

Witajcie po długiej przerwie! 

W te mijające wakacje albo jestem ciągle w drodze, albo w cudownym towarzystwie, albo wiecznie pociągająca. I tak dziś na przykład zamierzam powitać gości z katarem na potęgę. Stąd zdjęcia, które dzisiaj Wam zaprezentuję, zupełnie są do nas niepodobne, czyli "bez głowy", chociaż to nie do końca jest prawda, bo żeby takie zdjęcia zrobić trzeba się czasem o niebo bardziej nagłowić ;) 

Na moje ogromne szczęście, to nie ja musiałam się dzisiaj napracować ;) Dlatego też mam siłę jeszcze parę słów do Was skrobnąć, zanim się dam całkiem położyć i chorobie rozłożyć. 

Kardigan, bo o nim dzisiaj będzie mowa, powstał z włóczki, którą już dawno sobie ukochałam. To Noble od Holst Garn w kolorze Garnet, podobno już wycofanym, nad czym ubolewam ogromnie. Jest to jeden z tych odcieni, który chociaż nie do końca jest neutralny to z pewnością do palety naturalnych należy. Lubię go za to bardzo. Świadoma tego, że już go nigdzie nie dostanę, chciałam zrobić dla siebie projekt, który po prostu będzie noszony, a nie tylko w szafie zalegał. Ostatnio bardzo lubię się z kardiganami, i pomimo mojego dość niewielkiego wzrostu, bardzo lubię te o dłuższej i klasycznej linii. Pewnie sobie skracam dystans pomiędzy głową i stopą w takim dzierganym szlafroczku, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Męża już mam, więc noszę to, co mi radość sprawia ;) 

Wydłużony kardigan ma też i inne zalety, oprócz naturalnego dogrzewania tu i tam.. przede wszystkim mogłam temu swetrowi poświęcić dużo więcej czasu i tym kolorem w czasie dziergania sercu i oczom dać się nacieszyć. Całość jest projektem bezszwowym i od góry dzierganym. Dzianina jest w głównej mierze wykonana ściągaczem, drobnym i dość luźno dzierganym, który po praniu cudownie nabrał mięsistości, ale to zasługa włókna, kto dziergał z noble ten wie, że włóczka ta w praniu puchnie i, cytując za specjalistami od włókien naturalnych, rozkwita (z ang. blooming). 

Listwa guzikowa wykonana została techniką double knitting (podwójne dzierganie), a oprócz kilku detali, jak zgrabne dodawanie lub odejmowanie oczek w talii i biodrach czy w dolnej części frontów, żadnych wodotrysków i fajerwerków tutaj nie znajdziecie. Jedynie kolorem muśnięte drewniane guziczki, które mam wrażenie dodają tej dzianinie jeszcze więcej uroku. 

Kardigan waży zaledwie 240 gramów i jest naprawdę ciepły. Jeśli jesienią potrzebujesz lekkiego wełnianego otulenia, ale nie lubisz się przegrzewać, to włókno mogę serdecznie polecić. Niby  jest to mgiełka, chociaż przez ściągaczową fakturę bardziej mięsista i konkretna, ale naprawdę daje ciepło. 

Dosyć gadania - oto my, ja dziś w roli bezgłowego manekina ;) 







Element, z którego chyba najbardziej jestem dumna, dopasowanie w ramionach..


I guziczki, niby nic, a daje tyle radości!


Sweter ten podróżował ze mną już od jakiegoś miesiąca. Był ze mną na jednym dziewiarskim grupowym spotkaniu, kilkudniowej kawie z Przyjacielem Dziergającym, którego miałam okazję u siebie gościć (Marysiu pozdrawiam ciepło i jeszcze raz dziękuję!), pojechał ze mną na Wollfestival do Kolonii, i na jeszcze kilka ciekawych wycieczek. Po każdej wyprawie więcej było prucia niż radości, ale niewątpliwie będzie miał dla mnie o wiele większe znaczenie. Bo to nie tyle sweter zwyczajny, co sweter dziergany w niezwyczajnych okolicznościach i cudownym towarzystwie! 

Mam nadzieję, że przywiozłaś ze swoich wakacji podobną dziewiarską "widokówkę" :) 

Pozdrawiam ciepło i życzę Ci słonecznej niedzieli i pięknego ostatniego tygodnia wakacji!

Do następnego razu!

wtorek, 18 lipca 2017

bo nigdy nie wiesz co się wydarzyć może..

Po powrocie z Krakowa świadomie odpoczywam. Przy okazji zaniemogłam na kilka dni, bo na moje nieszczęście przywiozłam ze sobą pamiątkę w postaci jakiegoś strasznego wirusa. Na szczęście położył mnie zaledwie na kilka dni, ale dość mocno osłabił. W związku z tym życie zostało zawieszone. Życie, rozumiane jako przeżywanie świadomie każdej minuty.. Odpuściłam sporo, i nie powiem, dobrze jest sobie zrobić taką dłuższą przerwę. Wypocząć, zresetować się, nawet nie dziergać. Jak tylko stanęłam na nogi zaczęłam od przeglądu włóczek i oczywiście okazało się, że chociaż mam wrażenie, że w pudłach pełno, to niczym powietrza, potrzebowałam świeżego powiewu nowego... 

Wybraliśmy się zatem na małą wycieczkę, do sklepu Q-LANA (klik) położonego w malowniczym Kempen. Jeśli zabłądzisz w tę okolicę koniecznie musisz go odwiedzić! Pięknie wyposażony, chociaż raczej filigranowy w swoich rozmiarach, ale włókna tam zgromadzone zachwycą naprawdę każdego! Mnie oczarowały składy, oczywiście, ale trudno się dziwić skoro każdy motek ma w sobie coś z kaszmiru lub jedwabiu, lub obydwu na raz! Błyszczą i kuszą kolorami... znajdziesz tam i solidy i pół solidy, ale też i bardziej szalone farbowania, nawet piegowate (speckles). Najfajniejsze jest też i to, że Właścicielka tego sklepu doskonale wie, czego dziewiarka do szczęścia potrzebuje, bo włóczka ma dać szczęście! - jak zresztą głosi logo jej marki. 

Spędziliśmy tam cudowną godzinę, która minęła nam w oku mgnienia.. 

Q-lana

Moje upodobania kolorystyczne przeszły pewną metamorfozę ostatnio.. nie wiem jak to się stało, ale zapragnęłam w moim dziewiarskim życiu stonowania. Nie mogę się oprzeć naturalnym i pastelowym odcieniom, tęsknię do klasyki w szafie, jasne szarości, beże, kremy, kości słoniowe, ale i czernie, grafity kompletnie zdominowały moje zakupy włóczkowe. Czasem wpadnie mi w oko jakiś intensywny kolor - ale trudno się dziwić, gdy patrząc na motek widzisz łąkę makami w pełnym rozkwicie usłaną...

W związku z tym pod moim dachem znalazły swoje miejsce takie cuda! 

Q-lana

Makowej czerwieni poświęcę więcej czasu kiedyś, ale dziś... dziś zajmę się tym boskim włóknem! 

QL ungeschminkt

Włóczka ta to QL ungeschminkt (klik), nietknięta farbą, naturalna, nie superwash, piękna, puchata, skrząca połyskiem prawdziwej perły mieszanka włókien z najwyższej półki! 40 % Bio Merino Falkland, 30 % Polwarth, 20 % Jedwab, 10 % Merino d'Arles. 300 metrów czystego luksusu w 100 gramach! 

Praca z tą włóczką to czysta przyjemność.. mam jakieś nieodparte wrażenie, że w dłoni, dziergając i trzymając włóczkę, głaszczę całe stado przepięknych owiec! W związku z tym, że częściej się do niej uśmiecham i przemawiam, nie osiągam zawrotnego tempa dziergając. Ale napawam się.. luksusową miękkością, puszystością, bajecznym kolorem.. 

Jeszcze w zeszłym tygodniu myślałam o zakończeniu mojego dziergania.. bardzo mocna potrzeba zmiany zawitała do mnie. Ale potem pojechałam po włóczkę, spotkałam Bratnią Duszę, i obdarzona ogromnym zaufaniem wróciłam natchniona.. to początek pięknej mojej przygody i współpracy.. Mam nadzieję, że Was swoim pomysłem również oczaruję.. 

Nie zbadane są wyroki.. wiem to, ale nie przypuszczałam, że zaledwie 60 minut wystarczy, żeby wyrosły mi skrzydła.. ;) 

Sznur wie, sznur Cię poprowadzi.. sznurowi trzeba zaufać.. 

Trzymajcie zatem za mnie kciuki! i niech się dzieje! 

Uściski serdeczne Kochani!


poniedziałek, 26 czerwca 2017

Ptyś..


Dla tego ciastka zagryzam zęby przez cały rok!

Nie.. to nie do końca prawda jest, bo okazjonalnie zdarza nam się upolować jakieś smaczne ciastko tutaj w Niemczech. Jednakże, odkąd się przeprowadziliśmy i porzuciliśmy naszą cukiernię z polskimi wypiekami, to zadanie stało się nieco trudniejsze.. Większość wyrobów cukierniczych z jakimi się spotykam tutaj w Niemczech, to ciastki utopione w lukrze. Tak, jak pewnie się domyślacie, nie jestem lukrowaną panienką.. ;) jak dla mnie lukier mógłby nie istnieć! I śmiem twierdzić, że nie ma lepszych posypek niż zwyczajny cukier puder, jedzony zwłaszcza pod wiatr! :D ;) 

No dobra.. uznaję jeszcze pączki z polewą z białej czekolady z posypką kokosową i takim właśnie nadzieniem! :D Ale te występują tutaj tylko w czasie karnawału, więc, tak czy inaczej, czekać muszę na swoich ulubieńców długo.. 

Dlaczego ptyśki mi w głowie? 

To było pierwsze ciastko, które pochłanialiśmy sezonowo, w naszym pierwszym mieszkaniu, jeszcze długo przed erą blogową.. W środku buszu mieszkając mało mieliśmy atrakcji poza biegającą zwierzyną, meczeniem kóz i muczeniem krów, szumem drzew i okolicznościowym dniem pełnym słońca. Ale jak się wybiera lokalizację na życie, w której słonecznych dni w roku jest jak na lekarstwo, to czegóż innego można się spodziewać? Trzeba było sobie życie jakoś osładzać.. na przykład ptyśkiem! Ale tamten to było PTYŚ niezwyczajny.. biel bitej śmietany aż raziła, a w środku każdego kryła się niespodzianka... Nie powiem jaka, bo mam nadzieję, że zachęcę Cię odrobinkę do spróbowania takiego ciacha jeśli zabłądzisz jakoś w moje okolice. ;) 

Tamten ptyś to jedno z nielicznych wspomnień, które noszę w swojej głowie ze wszystkimi doznaniami jakich mi dostarczył. Nie wiecie tego o nas, ale to nie był czas sielanki. Nasze, moje i Połówka, wspólne życie ledwo się rozpoczęło, kiedy spadła na nas lawina zdarzeń wstrząsających. Sami we dwójkę, oddaleni od bliskich i przyjaciół, zmagaliśmy się z okrutną rzeczywistością życia na obczyźnie i tego, co pozostawiliśmy w naszych domach rodzinnych. Nasza miłość przeszła wtedy prawdziwą próbę.. Jakimś cudem przetrwaliśmy lata bez kuchni czy mebli sypialnianych, za szafę służyła konstrukcja zbudowana z dwóch walizek i drążka.. cały nasz wtedy dorobek mogliśmy przewieźć osobowym samochodem, i wiecie - niczego nam wtedy nie brakowało!. Ostatnia nasza przeprowadzka pokazała ile się od tego czasu w naszym życiu zmieniło, jak obrośliśmy w dobro wszelakie, sprzęty (wiadomo, tylko te najlepsze!) i gadżety. I wszystko pięknie, tylko po co? 

Tęsknię za tym prostym Ptyśkiem, którego niebanalny smak przynosił radość na długie, ciemne miesiące.. 

Dziergam, powiedzmy sobie szczerze, terapeutycznie, otrzepując się z krakowskiego kurzu, tych przerażających zmian, jakie w tym mieście zachodzą, a które sprawiają, że coraz mniej mnie w tych moich zakątkach tego miasta. Na szczęście znalazłam siebie w całkiem nowych dla mnie miejscach, o dziwo, pełnych natury, spokoju, świergotu ptaków, soczystej zieleni, w towarzystwie niezwykłym, bo wśród Prawdziwych Przyjaciół. Dla jednego z nich powstaje mini Projekt.. ale o tym może innym razem..

To trochę przerażające, że po tych prawie 9 latach nie mam swojego miejsca na ziemi. Tamto już przestało dawno być moje.. To tutaj jeszcze nie tak całkiem przytuliłam.. ale to ciastko daje nadzieję. Może to nie ten sam ptyś, ale nie znaczy, że gorszy. 

Poza tym zmiany są dobre, podobno.. ;) 

Dziergam zatem od dołu - i jestem nieźle spanikowana! Cudowne merino bamboo od Zagrody osładza mi każdą minutkę. Nie zmienia to faktu, że zaczynam czuć stres, bo coraz bliżej do ramion - i teraz co tu zrobić!? Niby wiem jak, i niby wiem co chcę, ale do końca nie wiem czy to co sobie wymyśliłam mi się uda.. ;) 

Czasem warto wyjść ze swojego pudełka i zmierzyć się z tym, co nas paraliżuje.. bo może na końcu tunelu znajdziemy..  

..PTYSIA? ;) 

Miłego dnia pełnego słońca Wam wszystkim :* 

PS. Wprowadziłam niewielką zmianę na blogu, wszystkie komentarze muszą przejść wstępną moderację zanim zostaną na łamach bloga opublikowane. Dlatego jeśli Twój komentarz nie pojawi się od razu na blogu, bądź cierpliwa, jeśli nie będzie zawierał treści krzywdzących i przykrych dla innych, pojawi się na blogu wkrótce! 

Pozdrawiam ciepło! 

Wakacje czas zacząć.. :*




poniedziałek, 5 czerwca 2017

bezimienny..

W poprzednim poście radośnie oświadczyłam, że życie się nam nareszcie układa i praktycznie dotykam swojego "ZEN".. Nigdy, ale to nigdy przenigdy nie napiszę już nic takiego więcej.. 

Ledwie kilka godzin później świat nasz się zatrząsł rewelacjami płynącymi z Krakowa. Szczęśliwie to tylko strach co ma wielkie oczy, ale już byłam na granicy pakowania walizek i szybkiego lotu.. Spraw związanych ze zdrowiem nigdy nie lekceważymy.. nauczyliśmy się reagować natychmiast, bo życie nas tego w najgorszy z możliwych sposobów nauczyło, że nie ma co czekać, a godziny to czasem luksus, którego nie wszyscy mają w zapasie.. 

Na szczęście wszystko się dobrze poukładało, chociaż nie tak do końca, ale przynajmniej na tyle, żeby coś jednak jeszcze zaplanować zamiast działać w pośpiechu. W związku z tym właściwie godziny dzielą mnie od moich starych śmieci i mojego domu rodzinnego. Od jutra nie będzie mnie przez kilka tygodni, w związku z tym wszystkie moje dotychczasowe plany musiałam przełożyć.. i tak pisanie wzorów, dzierganie, pisanie dla Was postów, to wszystko musi zaczekać na lepszy moment, bo życie jak zwykle swoje wymagania stawia ponad wszystko inne.. 

Dlatego słowem już się nigdy przenigdy nie przyznam, że jest dobrze.. bo potem się dzieje to, czego żadne z nas nie chce.. 

Pomimo wszystko zaparłam się w sobie i zrobiłam wszystko, żeby jeszcze przed wyjazdem zdążyć Wam pokazać moje ostatnie dziecko... Niezwykle przyjemny w dzierganiu pulowerek o letnim charakterze. Jest coś takiego w intensywnie kolorem wysyconych włóczkach, że widzę je ZAWSZE w aranżacji dziurawej.. no nic na to nie poradzę. Wygląda na to, że dziurki i dziureczki latem wielbię.. ;) Więc mam ich w tym projekcie w nadmiarze. 

O dziwo, lubię się też z fioletem.. ale z tym wyjątkowo jest łatwo się pokochać. Głęboki, mroczny, piękny.. To Violeta Africana od Malabrigo na bazie sock. Uwielbiam.. kiedyś się od tej włóczki wszystko zaczęło.. a teraz zadziałała na mnie jak najlepszy kompres.. 

Z pewnością NOWEGO w tym sweterku nie zauważycie, prosta forma, bez fajerwerków, no może poza jednym szczegółem.. ciekawe czy go zauważycie? :) 

Imienia jeszcze nie ma, chętnie posłucham Waszych propozycji.. :)

Dość słów, niech obrazy same przemówią.. :*
















Kciuki.. trzymajcie w najbliższym tygodniu za mnie! Przydadzą się!

A jeśli wiecie coś o jakimś dzierganiu publicznym w Krakowie w najbliższą sobotę - wdzięczna będę za informację!

Przyjemnego wieczoru i do następnego razu! :*

wtorek, 30 maja 2017

weny powroty..

Kompletnie nie potrafię wytłumaczyć co ostatecznie zadziałało, ale Kochani, WENA nareszcie wróciła... Może to dlatego, że to znów Malabrigo, a z nim przecież dogaduję się od zawsze bez większych zgrzytów.. Równie prawdopodobne jest to, że nareszcie emocje związane z ogromnym stresem, jaki jest za nami, opadły, wszystko jakby przycichło, jakby się ułożyło, jakby się więcej miejsca zrobiło dla mojej Przyjaciółki, która długie miesiące termu spakowała się i ode mnie sobie poszła.. Może to też dlatego, że mój nowy zakątek świata jest dla mnie o niebo łaskawszy niż ten poprzedni! Znów truchtam radośnie, odkrywając nowe zakątki po drodze, i nie tylko florę, ale i lokalną faunę! Raju.. ile tu zwierząt! Ja już nawet nie mówię o biegających tymi samymi ścieżkami lisach, sarnach czy w sąsiedztwie żyjących kociakach! Czaple, żurawie, kosy, skowronki, gęsi, łabędzie i mnóstwo innych skrzydlatych, których nawet nie potrafię nazwać.. Ale i wydry, i nawet jeden żółw błotny, którego ostatnio wypatrzyliśmy jak żerował przy brzegu nieśmiało wyciągając w naszym kierunku główkę spod wody.. jak tu się nie zachwycić?!

Sprawy mieszkalne potoczyły się lepiej niż mogły, a muszę Wam powiedzieć, że jeszcze 3 miesiące przed planowaną przeprowadzką nie wiedzieliśmy, do którego miasta ostatecznie się przeniesiemy, a wybieraliśmy pomiędzy dwoma lokalizacjami, oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Ba, w dwa miesiące przed planowaną przeprowadzką, gdy już zdecydowaliśmy gdzie będziemy mieszkać, nie mieliśmy mieszkania, a Połówek szykował się na 2 tygodniową delegację.. Ostatecznie mieszkanie znaleźliśmy w niespełna 3 tygodnie przed przeprowadzką.. I powiem Wam szczerze - nikomu nie polecam takiego szaleństwa. Zjadło mnie to od środka.. wykończyło i naprawdę ograbiło z sił witalnych. Do tej pory jeszcze nie dowierzam ile musiało nam w życiu sprzyjać, żeby to przedsięwzięcie się udało, ale z pewnością sporo jest w tym Waszej zasługi! Jeśli trzymałaś za nas kciuki przez ostatnie miesiące, wiedz, że wszystko się udało lepiej niż sobie to wymarzyliśmy! I za każdego kciuka trzymanego w górę, za każdą myśl ciepłą, biegnącą w naszym kierunku, serdecznie oboje dziękujemy! 

Długo się ze sobą spierałam, już jak tu osiedliśmy, z twórczością własną, by ostatecznie się poddać, zwątpić, odłożyć, na właściwie wieczne nigdy, bo przecież nie ma co walczyć z wiatrakami, a skoro umysł i wyobraźnia odmawiają współpracy, nie zmuszę ich, prawda? Dlatego milczę blogowo, bo o czym tu pisać? o tym, że nie wychodzi? że z pustego i Salomon nie naleje.. ?

Aż nadszedł ten piękny dzień, gdy Połówek po raz kolejny strzelił swoją motywacyjną gadkę, zwyczajowo podczas spaceru, a trzeba mu to przyznać, że jest w tym i niezastąpiony i niezłomny! i w nerwach, że to już tyle razy o tym gadamy, powiedział: "bo ty to zawsze koło chcesz wymyślić.."

I wiecie co? miał rację.. nie chcę mi się koła wymyślać, odechciało mi się zaskakiwać, wręcz poczułam się z tą moją ambicją malutka i śmieszna.. a po co to komu? no właśnie.. 

I teraz najlepsze.. nie myśląc, chwyciłam za motek Socka od Malabrigo.. i wyłączyłam myślenie, narzuciłam oczka i ... poszło.. 

nie ma planu, nie ma konceptu, nie ma idei, nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma nawet założeń.. dzieje się samo, chyba dość symetrycznie, jakoś.. i tak mi się to dobrze dzieje, że celowo zwalniam kolejne rzędy, żeby się tym dzierganiem nacieszyć.. 

Lubię takie dzierganie.. :D





Nie bez znaczenia jest też i to, że ostatnio, pomimo wielkich zawirowań, czuję się jakby dotknięta szczęściem.. niewielu mam bliskich wokół siebie, ale ci, którzy są, kolejne dni mi rozświetlają.. motywując swoim niezłomnym duchem w toczeniu walki z czasem paraliżującą rzeczywistością. Takich mam Przyjaciół, którzy walczyć muszą, ale to jak to robią, sprawia, że mam ochotę sama się z życiem za bary wziąć.. i takich Przyjaciół i Tobie życzę. Prawdziwych, bo z krwi i kości, i silnych, bo podnoszących się z godnością.. 

I tak sobie myślę, że Wena sobie poszła, ale wróciła, bo znów zagościł w głowie mojej spokój.. niech się dzieje.. 

Niech się dzieje też i u Ciebie! :* 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Woodfords by Elizabeth Doherty

Są takie projekty obok których nie można przejść obojętnie.. To jest jeden z tych! Włóczkę wykorzystaną w tym projekcie przywiozłam przed dwoma laty z Berlina, naczekała się bidula na swój czas, długo i cierpliwie. Niewykluczone, że dzięki temu nabrała jeszcze większego przykurzenia  i charakteru, może i nawet wytrzymałości, bo skoro przez dwa lata leżakowania nie ruszyło jej nic, to zniesie wszystko, prawda? ;) 

Włóczka, bo nad nią się chcę chwileńkę pochylić, to BFL XL od Welthase. XL ponieważ jeden motek to 150 g pysznego włókna typu fingering, czyli jakieś 600 m przyjemności! Przyjemność ta prezentowała się w robótce dość paskudnie, nierówno i topornie niczym zgrzebny sznur.. Pamiętam jak płakałam Dorocie (klik) jakoś na samym początku robótki, że to krzywulec będzie i nie da się go uratować.. i że chyba cieniem się położy na moim dziewiarskim dorobku, bo tak koślawych oczek to ja w życiu nie wyprodukowałam.. 

Dorota mówiła - "dziergaj".. to dziergałam, pomimo strachów.. Zresztą był to czas okropnie innymi sprawami zajęty, napięty, i tak nie miałam sił na wymyślanie innego projektu, a ten pięknie, chociaż bywa nużący, komponował się z moim dzierganiem z doskoku pomiędzy jednym pudłem a drugim, pomiędzy jednym mieszkaniem, a drugim.. Skończyłam go już w nowym domu, tam sobie w miksturach wełnę pieszczących poleżał, przegryzł się ze sobą, i wyprostował :) I już go nie chcę zdejmować.. 













Mój.. bo powstał jeszcze jeden! Ale tamtego Wam pokazać nie mogę, bo nie jest dla mnie przeznaczony ;) Przynajmniej dopóki obdarowana go nie dostanie :) 

Sam projekt jest mistrzowsko przemyślany i dopieszczony do każdego szczegółu! Mój wydziergałam według 4 rozmiaru (zdaje się na 45 cali), ale na mniejszych niż zalecane drutach. Wyszedł idealnie za duży, chociaż myślałam, że będzie jednak większy... myślałam, bo jak przyszło co do czego próbki się mi za bardzo sprawdzać nie chciało ;) tak.. lubię bardzo żyć na krawędzi :D 

Zmian nie wprowadziłam zasadniczo żadnych, ślepo podążałam za wzorem.. kocham takie dzierganie! Jedynie dół swetra wykończyłam identycznie jak mankiety, znacząco go przy okazji wydłużając. Zużyłam do cna całą włóczkę! i uwielbiam to, że mi się tak koło kolan majta! 

Jak widzicie na powyższych zdjęciach, deczko mi się okolica zmieniła.. do morza wciąż mam daleko, ale i lasy są znacząco inne, i przestrzeni otwartej więcej.. zwiedzamy to nasze nowe miejsce i szukamy swoich kątów.. miejmy nadzieję z kolejnymi dzianinami w tle będę Wam ten mój nowy zakątek prezentować :) 

Przyjemnej, długiej i ciepłej majówki Kochani! 

do następnego razu :* 

Ps. jak dobrze jest wrócić.... Tęskniliście??? ;)







czwartek, 9 marca 2017

z Ło do Bro.. część 1.

Akcja "przeprowadzka" jest już w trakcie.. jesteśmy tuż przed podjęciem zobowiązań z przeprowadzką związanych, kciuki, zwłaszcza jutro trzymane, będą niezwykle mile widziane! Chociaż droga przed nami jeszcze długa i dość wyboista, oboje z Połówkiem cieszymy się na nią bardzo! 

Nie będę Was tu szczegółami dotyczącymi przeprowadzki raczyć. Ci z Was, którzy mają chociaż jedną przeprowadzkę, z całym dobytkiem i to na większą odległość niż do klatki obok, za sobą, wiedzą doskonale z czym się to wiąże. Ci z Was, którzy jeszcze tego nie wiedzą, chyba lepiej żebyście nie wiedzieli, bo jeszcze przed planowaną przeprowadzką moglibyście się rozmyślić ;) Mimo wszystko zajęć jest masa, chociaż jeszcze do etapu pakowania pudeł nie dotarliśmy. Ale nie zrażamy się wcale, tylko z zapartym tchem oczekujemy tego dnia i tych kolejnych, kiedy już zaczniemy w nowym miejscu życie. 

Dziergam, chociaż kompletnie bezmyślnie i zupełnie nieegoistycznie (ja dziergam nie dla siebie?!). Popełniłam aż 2 męskie swetry w niedalekiej przeszłości, które Połówek nosi z przyjemnością, a ja z bananem na ustach Go w tych swetrach oglądam. Oba powstały w oparciu o ten sam projekt (Rift według pomysłu Jared'a Flood), jeden identyczny z projektem, drugi lekko zmodyfikowany, bo z guzikami pod szyją. Rękawy w tych swetrach, chociaż powinny być zszywane, zdecydowałam się wrobić od góry i bardzo jestem zadowolona z tego, jak się na ramionach układają. Wątpię, żeby udało nam się niebawem je obfotografować, ale jak się już w nowym miejscu urządzimy, z przyjemnością je Wam zaprezentuję :) Wtedy też coś więcej o tych rękawach opowiem. 

Niewątpliwie warto jest po ten projekt sięgnąć (coś w nim musi być skoro wyprodukowałam aż 2 jeden po drugim! co mi się jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło!). Konstrukcja jest bajecznie logiczna i matematyczna, dzięki czemu mamy piękną graficzną strukturę na ramionach. Taki niezwykły detal, który kompletnie nie odrzuca męskiego i wybrednego oka, a dziewiarkę cieszy, bo podnosi atrakcyjność projektu podczas dziergania - same nudne prawe mogłyby mnie osobiście zniechęcić. Technicznie nie jest to projekt dla całkiem początkujących, ale dostępne w opisie instrukcje gwarantują całkiem niezłą naukę ciekawych redukcji oczek czy dodawania oczek. Zdecydowanie warto się z tym projektem zmierzyć! Można się wiele nauczyć - no i przy okazji stworzyć prezent dla niebanalnego Pana. Od siebie dodam, że w męskim środowisku pracy, w jakim na co dzień Połówek się obraca, sweter ten został dostrzeżony i przyjęty z zainteresowaniem przez Kolegów: "gdzie można kupić takie GUZIKI!?" :)  

Kolejny projekt, z którym się ostatnio zabawiam, również należy do kolekcji od Brooklyn Tweed, i chociaż wiem, że wzory BT należą do tych "droższych", są według mnie warte każdego grosika! Oczywiście, gusta są różne, i absolutnie nie chcę Tobie narzucać własnej opinii, ale jak do tej pory nie miałam nigdy problemu ze zrozumieniem opisu od BT, a dostępne w nich techniki stanowią dla mnie świetne kompendium wiedzy o technikach i ciekawych rozwiązaniach. Ten, który teraz dziergam jest znów matematycznie genialny, o świetnej konstrukcji, i bardzo klasycznym cięciu. Jest tak dobrze "skrojony", że, jak słowo daję, zrobię sobie za momencik drugi! Ten, nad którym teraz pracuję jest dziergany dla Przyjaciela, i jest to Woodfords według pomysłu Elisabeth Doherty. Zabierając się za ten projekt dobrze jest znać minimum podstawy rzędów skróconych, reszta to czysta przyjemność budowania lekko strukturalnej dzianiny dwoma bardzo prostymi ściegami. Momentami może wydawać się nużący, zwłaszcza w końcowej fazie body, ale zakończone sweterki które ostatnio podglądałam na ravelry (spójrzcie chociażby na ten bajeczny egzemplarz wydziergany przez Gosik - klik), motywują mnie bezustannie, bo wiem, że ten projekt jest po prostu wart tego, żeby po prostu go wydziergać do końca!

Na koniec, na bezdechu kompletnym obejrzałam świeżo wydaną kolekcję od Brooklyn Tweedu, o uroczej nazwie BT Yokes - klik i klik
Uprzedzam pytanie - nie, nie pracuję dla BT, chociaż, nie powiem, bardzo bym chciała.. żeby chociaż móc te wełny do paczek pakować.....! ale nie mogę przejść obojętnie obok projektów, które publikują! A ostatnia kolekcja po prostu mnie zachwyciła, mam tam 4 ulubieńców - to chyba nieźle! :D i szczerze powiedziawszy, oglądając te piękne dzianiny, zaczynam żałować, że zima ma się ku końcowi... 


Wybaczcie, że słowem post jest malowany, nie zdjęciami, ale warunki wysoce są niesprzyjające.. co mam nadzieję niebawem się zmieni. 

Pamiętajcie - jutro trzymajcie za nas kciuki! z góry dziękuję!

Słońca i wełny do wypęku! 

buziaki!






poniedziałek, 30 stycznia 2017

szara strefa..

Tak wiem, obiecałam Wam, Tobie, że mnie tu nie będzie.. a jednak się pojawiam.. i to chyba tyle w temacie dotrzymywania słowa danego ;) ale kobieta zmienną jest, a ja nią jestem!

Prawda jest jednak taka, że moja przerwa w nadawaniu, chociaż jak najbardziej uzasadniona, mnie trochę przeraża i po ludzku tęsknię za.. uwaga, pisaniem! Czyli dokładnie za tym, co w ostatnich miesiącach sprawiało mi największą trudność. 

Sprawiało i wciąż sprawia, ale dzisiaj postanowiłam złamać swoje własne postanowienie i dać upust swoim własnym przemyśleniom, które się w mojej głowie już od jakiegoś czasu kłębią. 

Bloguję już od lat kilku, pierwszy post pojawił się w drugim kwartale 2013 roku. Od tego czasu dzięki temu miejscu, które udało mi się zbudować, spotkała mnie masa dobra pod każdą postacią, za które jestem ogromnie wdzięczna. A to dobro to nie tylko wspaniałe wspomnienia i historie, nie tylko cudne włóczki i chwile z nimi spędzone, ale to przede wszystkim Wy, Ty, Mój Drogi Czytelniku, który zupełnie nieprzymuszany zaglądałeś do mnie regularnie, zostawiałeś ciepłe słowa w postaci komentarza czy maila. Za to i wiele, wiele więcej jestem Ci wdzięczna! 

Jednakże, pomimo mojej fantazji o stworzeniu miejsca, w którym tylko piękno dziewiarstwa można dostrzec, w mojej historii blogowej zdarzyło się też parę wydarzeń, o których wolałabym nie pamiętać. One wszystkie wrzucone zostały do jednego WORA, do SZAREJ STREFY.. Zdarzenia, osoby, sytuacje, projekty, które przez te wszystkie blogo - godziny mnie po ludzku rozczarowały. Ja też w tym worze jestem, bo chyba sama sobą czuję się momentami rozczarowana najbardziej. To i mnóstwo innych, raczej nieradosnych, odczuć towarzyszyły mi już od jakiegoś czasu i ostatecznie doprowadziły do decyzji o tym, że przerwa w blogowaniu była i jest bardziej niż uzasadniona! 

Najłatwiej by było napisać, że mi się po prostu znudziło. Ale tak nie jest. Zmęczyło mnie coś innego. Zmęczyła mnie w mojej głowie zaklęta potrzeba tworzenia rzeczy "niezwyczajnych", zmęczyła mnie potrzeba bycia wszędzie i zawsze i oczywiście na bieżąco, jakby życie online było jedynym słusznym, a perspektywa utracenia jakiejś maleńkiej nowinki ze świata dziewiarskiego miała zakończyć się kataklizmem. Zmęczyła mnie w końcu moja praca, bo wyobraźcie sobie, że chociaż naprawdę kocham dzierganie, pisanie wzorów, ich edycja od szczegółów rozmiaru mini aż do maksi, to naprawdę niewdzięczna praca czasami, ogarnianie przy okazji programów niezbędnych do tej pracy, testowanie, pozowanie do zdjęć, edycja zdjęć, jakieś działania marketingowe, w których absolutnie nie czuję się komfortowo, tłumaczenie wzorów, a w końcu blogowanie o nich, stały się po prostu ogromnie trudne, a właściwie praktycznie niewykonalne. Nie dość, że trudne, to jeszcze frustrujące i po prostu bezcelowe. 

Zaczynając blogowanie miałam misję, konkretną, zwerbalizowaną, ona się przez lata zmieniała, dorastała ze mną, ewoluowała, ale ostatnio zbladła, znikła, nie ma jej. Nie pomagały napotkane w międzyczasie trudności zwane życiem, które dość znacząco odbiły się na moim zdrowiu i też na moim codziennym funkcjonowaniu. No bo jak tu cieszyć się życiem i dzierganiem, jak codziennie musisz odmawiać sobie wielu rzeczy, bo ciągle towarzyszący ci ból nie pozwala ci się nimi cieszyć.. Jak Was zabawiać, zaskakiwać, jeśli radość życia gdzieś się zapodziała? Jak dziewiarstwem zarażać, jeśli ono stało się przykrym obowiązkiem, który tylko frustruje? To i wiele, wiele jeszcze sytuacji ostatecznie sprawiło, że nie miałam innego wyboru jak tę część mojego życia na czas jakiś, może dłuższy, pozostawić. 

Ta potrzeba wzbierała we mnie już od dawna, ale tak naprawdę koniec ubiegłego roku i sytuacje, które w tym czasie w naszym życiu się zadziały, sprawiły, że z łatwością przyszło mi powiedzenie dość. 

Ponieważ docierają do mnie czasem informacje o tym, że doszukujecie się złych powodów, strasznych, jakie miały się w moim życiu wydarzyć, a które sprawiły, że blogowanie zawieszam, czuję, że winna jestem Wam wyjaśnienie. Jak wiecie jestem dość skrytą osobą, wiecie o mnie tyle, ile chcę Wam pokazać. To ledwie szczyt góry lodowej, prawdziwa jej wartość, moja wartość, ukryta jest gdzieś pod powierzchnią wody.. Bardzo się cieszę, że są takie strefy, które pomimo mojej szczerości i autentyczności, pozostały przed Wami ukryte, bo moje prywatne życie w żaden sposób nie jest w stanie wpłynąć na Twoje Hobby i pasję, a to od zawsze było centrum mojego zainteresowania na tym blogu. 

Jednakże, nie chcąc, by moje niemówienie stało się powodem do rozpanoszenia się Twojej wyobraźni, chociaż jak się teraz nad tym zastawiam, to mogłoby to być całkiem fajne doświadczenie, zadać Wam pytanie o to co według Was jest powodem tej zmiany... chociaż lekko przerażającym (tak, ja też mam wyobraźnię, i to podobno całkiem wybujałą ;) ), należy Wam się prawda, która jest całkiem prozaiczna, zwyczajna, codzienna, może trochę trudna, ale czasochłonna, do zrobienia, niezwykle radosna, nasza. Po prostu się przeprowadzamy.. a ponieważ ja, w związku z tym wydarzeniem, wiążę jakieś plany, które znacząco mogą zmienić moje dotychczasowe życie, wcisnęłam guzik "pauza" na czas jakiś. 

To tylko tyle.. albo aż tyle.. Życie po prostu. 

Czy do blogowania wrócę? w tej czy innej postaci, to pewne! Bo jak widzicie, nawet kilka tygodni milczenia to dla mnie ogromne wyzwanie. Różnica między kiedyś, a dziś, znacząca różnica, polega na tym, że dziś bardzo chciałam tu być. 

Dziergam.. żeby się z tematu nie wybijać, w głębokich szarościach.. Męski gigantyczny sweter, który prułam już 4-krotnie! ale nie zraża mnie to i w żaden sposób nie złości, czy frustruje.. po prostu cieszy mnie to, że dzierganie na powrót mnie cieszy!!!

Niech cieszy i Ciebie! 
Buziaki!


PS, na niektóre góry warto jest się wspiąć, ja właśnie szykuję się na zdobycie kolejnej swojej! Oby tylko widok z jej szczytu był równie porywający... 

Za to trzymaj dla mnie kciuki! 


wtorek, 10 stycznia 2017

Monochrome Pullover według projektu Katrin Schneider

Zdarza mi się, okazjonalnie zaledwie, wziąć udział w teście. Dlaczego okazjonalnie? Ponieważ uważam, że jest to ogromnie ciężka praca, nierzadko obarczona sporym ryzykiem.. ;) Jeśli mam już testować dzianinę, muszę być nią oczarowana.. Tak było i tym razem. 

Kiedy tylko wypatrzyłam w gąszczu projektów ten właśnie sweter wiedziałam, że będę go mieć, teraz czy później, nie miało to dla mnie znaczenia. Jakaż byłam szczęśliwa kiedy się okazało, że jednak mogę go mieć ciut wcześniej! Włóczki czekały na wzór, ja niecierpliwie przebierałam łapkami - życie się działo, się pokomplikowało, i wtedy właśnie rozpoczął się test. Prawe, kochane prawe porwało mnie na tyle, by pokomplikowanie życiowe ogarnąć, niczym mantrę to prawe przekładałam konsekwentnie z lewego na prawy drut, a życie się, jak te zygzaki, zmieniało z minuty na minutę.. Zygzakuje się wciąż.. chociaż sweter zakończyłam już dawno temu, ale ten projekt ma dla mnie ogromne znaczenie, chociażby z uwagi na to właśnie, że dzięki niemu przetrwałam burze gradowe, euforyczne upały i zmienność morskiej wichury. A to wszystko w przeciągu kilku zaledwie tygodni. 

Zieleń.. daje nadzieję podobno.. tak sobie powtarzałam zawieszona nad tym prawym.. okrasiłam ją życiodajnym kontrastem i oto jesteśmy, ja i mój Monochrome Pullover!











Katrin Schneider (klik), która jest autorką tego projektu, nie tylko jest genialnym dziewiarskim umysłem, ale też i niezwykle serdeczną i ciepłą osobą! Zdecydowanie polecam Wam jej projekty, to świetne, elegancko rozwiązane, intrygujące konstrukcje z bardzo ciekawymi detalami. W galerii jej projektów jest już kilka moich ulubieńców! A podejrzewam, że ta lista w najbliższym czasie bardzo się wydłuży...... :) 

Monochrome Pullover (klik) to projekt nie tylko uroczy, ale też i bardzo sprytnie rozwiązany, ponieważ powstaje od środka! Dzierganie rozpoczyna się od tymczasowego nabierania oczek, potem powstaje karczek, który dziergany jest od dołu ku górze, a następnie reszta dzianiny, korpus i rękawy, dziergane są w jedynym słusznym kierunku - czyli ku dołowi. To rozwiązanie nie tylko jest sprytne, ale daje też gwarancje na idealne dopasowanie długości czy modyfikowanie dyktowane własnymi preferencjami. 

Na dokładkę, jest to projekt, który daje niezliczone możliwości łączenia kolorów i tworzenia idealnego zestawienia dla siebie.. Nie uwierzycie ile wersji kolorystycznych powstało podczas tego testu! Każda jest inna, każda jest wyjątkowa, dowodząc tylko tego, jak zabawa 2 kolorami może zmienić charakter tego swetra.. Zresztą, co ja Wam będę opisywać - biegnijcie do Galerii Projektów Testowych (klik i klik). Sama jestem oczarowana przynajmniej dwoma jeszcze.. i chyba muszę sobie takie zrobić!

Włóczka, którą wykorzystałam w tym projekcie, to Gilliatt od De Rerum Natura (klik), w kolorach foret i genet. Trudno mi było wybrać, naprawdę, bo mnogość możliwości jakie przede mną stały, mnie odrobinę sparaliżowała.. Prawda jest jednak taka, że czerpałam z tej przygody ogromnie dużo radości i zostało mi kilka jeszcze moteczków tej włóczki "na próbę".. ;) Włóczka jest, jak jej siostra Cyrano, równie doskonała. Dziergało mi się z niej wybornie i mam nadzieję, że podobnie jak jej siostra, okaże się włóknem trwałym, bo wielbiona jest już od pierwszego dotyku! 

Trochę się uzależniłam od tej włóczki.. z pewnością jeszcze u mnie zagości.. 


Berecik, który mi na sesji towarzyszył, powstał z potrzeby chwili i jest kolejnym rękodzielniczym arcydziełem! To Rambler według projektu Iriny Dmitrieva (klik), genialny, niezwykły, bajeczny.. To już mój drugi berecik dziergany według tego projektu i coś mi się wydaje, że nie ostatni ;)


Mam nadzieję, że tym postem, podsumowującym moje rękodzielnicze działania ostatnich dni ubiegłego roku, zostawię Was na kilka miesięcy z uśmiechem na twarzy! Więcej dzianin do pokazania nie mam. Więcej dzianin na chwilę obecną nie planuję.. Energię zamierzam włożyć w coś innego i mam nadzieję, że mogę liczyć na Wasze w związku z tym trzymanie kciuków. Przydadzą się.. :) 

Buziaki - i niech ta zima się już skończy i ciepłe słońce Was rozgrzeje.. Wtedy i ja, wraz z wiosną, wrócę.. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *