środa, 15 listopada 2017

skarpetkowe farbowanie..

Nie, nie przebranżowiłam się jeszcze.. :D 

Ale kto bogatemu zabroni się pobawić.. 

Sznury rozwiesiłam na dwóch urzędowych krzesełkach, obliczając najpierw dystanse niezbędne do uzyskania przebiegu pasków takich, jakie mi się marzą. Krzesła rozstawiłam, i niczym filozof myśliciel, rozpoczęłam wędrówkę tam i nawrót, pokonując w sumie dystans łącznie ponad 1200 m (3 motki po 400m w 100g), w jednej ręce trzymając rozwijającą się parasolkę.. plecy czuję do tej pory :D 



Wrzuciłam do gara wraz z barwnikami, w przypadku pierwszego motka, niczym heroinista na głodzie dozując bez umiaru, bez kontroli jakiejkolwiek, licząc na efekt zgoła odmienny od "wrzuciłam ile wlezie, bo nie umiałam się opanować", ale wyszło jak wyszło - efekt tego szaleństwa już ubiegłego wieczoru postanowiłam przewinąć i przetestować..  ;) 


Takie techno w kulce mi wyszło :D


Na tym miał być koniec, ale ponieważ woda miała jeszcze po techno szaleństwie, sporo barwnika w sobie, skoczyłam po kolejny motek (co z przewijaniem na krzesłach trwało jakieś 20 minut) by w te pędy wrócić i do lekko schłodzonej już wody, kolejne moteczki wrzucić.


Powstał motek z paskami w dwóch odcieniach pomarańczy i brązoszarości, męski, dla Połówka, na cudownie luksusowej bazie (merino, kaszmir i jedwab - tak, poprzewracało się mi w d.... główce! ;)). Motek ochrzciłam: Socks in flames! :D 



Chwilę później mnie tchnęło, że to jednak niesprawiedliwe, że Połówek będzie nosił kaszmiry na nogach z jedwabiami, i poleciałam po kolejny taki sam motek. Wróciłam (znów 20 minut później) z towarzyszącym przekonaniem, że trochę mniejszy ten dystans zrobiłam tym razem (krzesła jakoś się bliżej siebie znalazły) - i z tą radością (przecież te motki miały dokładnie taki sam metraż, ale to do mnie dotarło nieco później) zabrałam się do pracy. Całą swoją uwagę skupiłam na mikro ilościach barwników dla stonowanej nieco, niż jej poprzedniczki, dziewczyńskiej skarpeteczki. Poznajcie: niuanse.



Farbowanie chociaż fascynujące, jest tak wycieńczającą fizyczną robotą, że choćby mi mieli miliardy zapłacić, nie podejmę się nigdy robienia tego na większą skalę niż na własne potrzeby. I tutaj należy się wszystkim farbującym ukłon, po ziemię, z czołem muskającym gruntu. Jestem centusiem i dusigroszem (krakowskie korzenie zobowiązują), ale jeśli mam zaoszczędzić śladowo tam, gdzie nie tyle talent, chociaż bez tego farbowanie bywa przeciętne, a wiadomo, że nie tego szukamy w ręcznie farbowanych włóczkach, co prawie katorżnicza fizyczna praca równa z kopaniem rowów jest nieodłączną częścią procesu farbowania, to szczerze mówiąc, chromolę oszczędzanie. 

Dlaczego katorżnicza? Zacznijmy od tego, że motki to trzeba przygotować do tego farbowania, przewinąć tryliard razy po drodze, przygotować studio, zabezpieczyć, nie mówiąc już o unoszącym się aromacie ogórka z zalewy octowej, tyle, że bez cukru i czosnku.. i to wszystko trzeba zrobić ZA KAŻDYM RAZEM! Wyobrażam sobie, że cała ta operacja, która w farbowaniu sprawia najwięcej frajdy, jest równie krótka, co mgnienie oka, i przypomina ekspresowo przemijające "bzium" maszyny do szycia podczas zszywania sukienki.. A jak podejrzewam, a te z Was które z maszyną do szycia obcują na co dzień, lub chociażby od święta, wiecie, że proces przed włączeniem i tuż po wyłączeniu maszyny zajmuje jednak najwięcej czasu. 

Z farbowaniem jest podobnie. Samo farbowanie, pikuś, wrzuć do garnka, posyp proszkiem, pogotuj.. gotowe.. 

Ale to ani nie początek, ani nie koniec. Przecież tę włóczkę trzeba wyciągnąć tak by nie sfilcować, wypłukać tryliard razy, rozwiesić, pomacać czy wyschła. Pal licho jak to jest jeden czy dwa motki, ale przy 10 albo 50 to się robi zwyczajna fizyczna praca! Plecy bolą mnie po 3 motkach, nie wyobrażam sobie co by mnie bolało po 50.. A jakby tak jeszcze chcieć te kulki ręcznie zwinąć potem, żeby paseczki w kulce podkreślić, trzeba by było znów wokół tych samych krzeseł zasuwać robiąc te kilometry. Przy 10 kuleczkach standardowej włóczki skarpetkowej (400m / 100g) - to tylko 4 km, ale razy 2, czyli 8. Przy 20, dystans się nieco zwiększa.. do ilu? 32 km? toż to więcej niż półmaraton!

Serce mi bije radośnie oglądając moje moteczki, ale trafia mnie coś jak sobie pomyślę, że muszę je z powrotem wyłazić.. może kiedyś skarpetki powstaną! może..  ;) 

Ściskam Was serdecznie! i idę się przejść.. wokół krzeseł...

A jeśli kiedyś pomyślisz, jakie to strasznie drogie są ręcznie farbowane skarpetkowe samopaskujące się włóczki - zafarbuj z 5 motków seryjnie. Gwarantuję, że szybko się z tego wyleczysz ;) 

Dodatek z dnia 16.11.2017 

Tak się prezentują włóczki w gotowych skarpetkach :) 




poniedziałek, 13 listopada 2017

blaski i cienie testowania...

Trudno jest podążać za czyimś słowem pisanym, jeszcze trudniej za swoim własnym.. ;) Nie zrażam się jednak i próbuję tak całkiem siebie samej nie lekceważyć.. Nie jest to jednak łatwe zadanie, a jak dołożyć do tego rozkojarzenie oraz myśli przedziwnych skumulowanie, to już w ogóle mamy przepis na katastrofę.. i tak właśnie projekt pestka zamienił się w niekończącą się porażkę.. Myślałam, że dziś pokażę Wam gotowy projekt, ale ledwie wyszłam poza trójkąt bermudzki (mam nadzieję..) i nie wiem ile razy już po sobie prułam, nie wiem też dlaczego, zapominam się, źle dziergam, źle do 10 oczek liczę, a dzielenie na równe połowy stało się zadaniem niemożliwym do wykonania.. Sama sobie jednak jestem winna, skoro zamiast myśleć głową... no tak, pozwólcie że nie dokończę i tym razem ;)


Zabierając się za opracowanie swetra, zwanego Whisky On The Rocks (klik), natrafiłam na masę trudności. Nie dlatego, że jest to jakoś szczególnie trudny projekt, ale głównie dlatego, ze już dawno zapomniałam co ja tam sobie właściwie wymyśliłam (po przeszło roku każdy by się pewnie zastanawiał.. ;) tak się pocieszam), a ponieważ notatek nigdy nie robię podczas dziergania, a jeśli już to bardzo skąpe, musiałam brak ściągi jakoś obejść. Najprostsze zadanie - samą siebie skopiować. ;) 


Ale żeby nie było nudno dołożyłam sobie do standardowego kopiowania konstrukcję wyzwanie i mieszam dwoma kolorami. Trudność w samym procesie dziergania nie dotyczy konstrukcji samej, bo ta jest stosunkowo łatwa i powtarzalna, ale liczenia, a dokładniej dzielenia na pół. Potem pozostaje już żmudne dzierganie prostym wzorem.. Popełniłam zatem półtorej rękawa prawie, zanim odkryłam, że mój środek trochę się w lewo przesunął.. I chociaż wiem, że awangarda asymetrią stoi, nijak nie mogłam sobie wyobrazić, że wzór mi się na lewej piersi, faworyzując tę właśnie nad drugą, zamiast pomiędzy obiema, sprawiedliwie i w samym środeczku, ulokował.. Podeszłam do sprawy metodycznie, najpierw szukając rozwiązania w niedoskonałości, potem w retuszu, ostatecznie zdecydowałam się unicestwić i zacząć od nowa.. 


I chyba na chwilę obecną jestem w domu.. chociaż trudno powiedzieć, bo już sobie przestałam w tej materii ufać ;)


Z rudym współpraca idzie świetnie.. niczym gwiazdor wpycha się przed obiektyw i swoją szanowną rudość prezentuje.. ale niech Was słodycz jego spojrzenia nie zwiedzie.. Małpiszon takie miny strzela tylko po to, by moją czujność osłabić, i jak tylko go z oka spuszczę, chwyta co popadnie, demontując mi studyjne dekoracje i porywa je uciekając w pełnym napięciu, niemalże szurając brzuchem po podłodze, tam, gdzie wydaje mu się, że go nie dopadnę.. czyli na swoją leżankę ;) 


Dobrze, że jest, i że jego rudość podnosi jakość naszego życia z każdym jego wybrykiem, miałkiem, fochem, i kradzieżą ;) 

Testowanie wzorów samo w sobie, do łatwych zadań, jak widać, nie należy. Nie tylko z tego powodu, że jest to zadanie obarczone ryzykiem, ale głownie dlatego, że wplata się w naszą codzienność i jak każde długoterminowe zadanie do wykonania, może się nie udać zgodnie z planem. Dlaczego o tym piszę dzisiaj? Ponieważ właśnie rozpoczęłam nabór do testu Whisky.. i mam kilka w związku z tym faktem uwag. 

Kiedy zaczynałam swoją przygodę jako autor opisów dziewiarskich, błądziłam i działałam często po omacku, nie wiedząc tak naprawdę, jakie są moje oczekiwania w stosunku do testujących. W miarę upływu czasu i przeróżnych przygód po drodze, skrystalizowały mi się całkiem konkretne wymagania, dzięki którym test zazwyczaj przebiega bez większych przeszkód. 

Wydaje mi się, że sporo z Was nie zdając sobie sprawy z tego, że takie wymagania istnieją, podejmują się zadania, często przerastającego Wasze możliwości. Nie mnie jest oceniać, czy podołasz, to Ty i nikt inny powinnaś potrafić to ocenić, rzetelnie i z rozmysłem, dzięki czemu unikniemy sytuacji obopólnego rozczarowania później. 

Ale czego te wymagania dotyczą? 

Znajomość języka angielskiego. 

Testy przeprowadzam zawsze w języku angielskim (lepszej lub gorszej jego formie, ponieważ ja również błędy na tym etapie popełniam) w związku z tym wymagam tego, by dla testujących ten język nie stanowił problemu. Nie może to być sytuacja, w której założysz "że jakoś to będzie" i kilka razy dziennie wyślesz mi zapytanie o treść wzoru, bo go dokładnie nie zrozumiesz, lub co gorsza, poradzisz sobie i wykombinujesz samodzielnie rozwiązanie. Ta sytuacja nijak się ma z testowaniem i zwyczajnie nie powinna mieć miejsca. Gdyby każda z Was zasypywała mnie pytaniami o konkretne frazy - a bywa, że grupa testujących to ponad 20 osób, nie mogłabym odejść od komputera. 

Czas na realizację testu. 

Jest zwyczajnie święty! Doświadczenie moje pokazuje, że im dłuższy czas na jego wykonanie tym trudniej przewidzieć jego rezultaty. Sporo z Was dzierga na "ostatni dzwonek", jeszcze kilka nie wyrabia się w terminie, ponieważ życie, jak to życie, bywa zaskakujące. Często zmuszona jestem zatem stać nad testującymi niczym z batem i popędzać. Nie lubię tego robić. Dlatego jeśli raz trafię na testerkę, która rozumie znaczenie słowa "deadline", nigdy jej nie pozostawię. Dla wielu z Was testowanie to "takie samo dzierganie jak zawsze", ale takim nie jest. Termin jego realizacji jest ważny, a wyrobienie się w czasie jest ogromnie istotne, bo daje mi możliwość dotrzymania moich terminów. Jeśli Ty zawalisz, głowy Ci nie urwę, ale w konsekwencji zawalę też i ja.. a tego bardzo nie lubię, dlatego w takich sytuacjach kartkuję na żółto i bardzo się zastanowię zanim po raz kolejny zaproszę Cię do testu. 

Jeśli w ogóle go nie dokończysz, chociaż bierzesz udział w teście bardzo ochoczo, i na dokładkę słuch po Tobie zaginie już w 5 minut po rozpoczęciu testu, nie ma mowy o naszej dalszej przyszłej współpracy. W pole daję się wpędzić tylko raz..

Doświadczenie w testowaniu. 

Fantastycznie jeśli jakieś masz, ale nie jest to warunek konieczny i niezbędny. Znacznie ważniejsze jest dla mnie to, by móc obejrzeć, jakie prace do tej pory wykonałaś, w tym względzie decydujące jest dla mnie to, co widnieje na Twoim koncie na Ravelry. Jeśli masz tam "0" lub "2" projekty i na przykład są to szale lub skarpetki, nie mogę z czystym sumieniem skorzystać z Twojej pomocy w przypadku testu swetra. Nie oszukujmy się, ma to dla mnie znaczenie czy publikujesz swoje prace na tym portalu. Prowadzę tam testy i chcę wiedzieć, że zarówno komunikacja jak i późniejsza publikacja nie będzie stanowiła dla Ciebie kłopotu. Mile widziane jest, jeśli jesteś aktywnym użytkownikiem ravelry - to naprawdę ważne z wielu różnych powodów. 

Jeśli Twoja główna aktywność w sieci jest skierowana na bloga i tylko tam prezentujesz swoje prace, daj się poznać - wyślij wiadomość, pokaż co potrafisz, wtedy chętnie rozważę Twój udział w teście. 

Kolejność zgłoszeń.

Ilość miejsc w przypadku każdego testu jest ograniczona, ale jego nabór nigdy nie opiera się na kolejności Waszych zgłoszeń. Zajmuję się tym już od jakiegoś czasu, i mam w swoim gronie testerek kilka takich, z którymi mogę konie kraść.. Może Ci się wydawać to niesprawiedliwe, rozumiem, ale test jest oparty na zaufaniu. Jeśli mam wybierać pomiędzy kimś, kto wielokrotnie mi pomógł podczas wcześniejszych testów, lub kimś, kogo nie znam, zawsze wybiorę znane i lubiane najpierw. I nie ma to nic wspólnego z prywatnymi relacjami i przyjaźniami, to zwyczajna i prosta kalkulacja oparta na doświadczeniu i ograniczeniu ryzyka. 

Zdjęcia.

To czy i w jaki sposób prezentujesz swoje projekty ma dla mnie bardzo duże znaczenie. Może nawet większe niż udokumentowane doświadczenie w testowaniu. Dzięki temu wiem, że ten aspekt prezentacji Twojej dzianiny jest dla Ciebie istotny. I nie zrozum mnie źle, nie oceniam tutaj Twojego kunsztu fotograficznego, ani sprzętu jakim się posługujesz, zwyczajnie chcę wiedzieć, że chętnie pokażesz pracę, z której jesteś dumna. 

Modyfikacje. 

Pisałam to już wiele razy, ale raz jeszcze się powtórzę - udział w teście zobowiązuje Cię do podążania prawie ślepo za instrukcją. Kropka. 

Jednakże, ponieważ świadoma jestem tego, że tyle ile nas, kobiet, tyle kształtów i preferencji, czasem dopuszczam modyfikacje, ale tylko za moją zgodą. Nie uznaję samowolnego dziergania podczas testu bez wcześniejszej konsultacji ze mną. Zwyczajnie chcę mieć kontrolę nad tym, do jakich rezultatów mój opis prowadzi, i jeśli prowadzi Was na manowce, tylko w ten sposób mogę to potwierdzić i poprawić, jeśli widzę ostateczne rezultaty. 



Testowanie, jak wspomniałam, to jest sprawa trudna, ale może być niezwykle przyjemną i ciekawą przygodą. Wygląda na to, że więcej od Was wymagam niż sama daję.. Możliwe. Prawda jest też i taka, że wszystkie te powyższe zasady stosuję względem każdego innego projektanta, dla którego testuję, lub stosowane były względem mnie, jeśli to ja testowałam. Mam wrażenie, że nie wszystkie są dla innych tak oczywiste, jak są dla mnie. Dlatego o tym do Was piszę. 

Bardzo lubię sam proces testowania, i uwielbiam współpracować z nowymi testerkami, jednakże jeśli nie podchodzisz do testowania równie poważnie jak ja podchodzę, oszczędź mi proszę czasu i nerwów i zwyczajnie, odpuść sobie. 

Pewnie wbijam tym postem kij w mrowisko.. Szkoda jeśli tak jest, bo uważam, że temat testowania obarczony jest jakąś ogromną tajemnicą, której najlepiej nie dotykać, bo się na siebie wszystkie poobrażamy.. A tylko przez jasne postawienie sprawy i klarowne reguły, możemy takiej sytuacji, jak wcześniej wspomniałam, uniknąć. Słyszę czasem, że w czasie testów dochodzi do nadużyć, testerki przepadają na zawsze, zmieniają konstrukcję dzianiny samowolnie, nie trzymają się terminów lub nie kończą testu nigdy.. Też na pewno o tym słyszałaś.. To naprawdę nie powinno mieć miejsca, bo wielu z Was, świetnym i cudownie wspierającym, rzetelnym i godnym zaufania, wspaniałym testerkom, takie działanie psuje opinię. To bardzo smutne jest.. 

Mam nadzieję, że chociaż temat jest trudny, potrafisz wejść w moje buty i zrozumieć mój punkt widzenia ;) 

Wracam do swojej pracy, a Tobie życzę wspaniałego tygodnia, i niech sznur Cię prowadzi! :* 

Pozdrawiam!

sobota, 4 listopada 2017

Skarpetkowy tutek



Witajcie Kochani! 

Ustalmy jedno - nie jestem skarpetkowym specjalistą, mam może ze 20 par skarpetek łącznie w swoim dorobku, nie więcej, i raczej jestem miłośnikiem podstawowych skarpetek dzierganych dżersejem, niż wzorzystych i strukturalnych, chociaż przeciwko takim nic nie mam, jedynie noszę chętniej te powstałe ściegiem gładkim. Ale to moja osobista preferencja. 

Ile nas, tyle pewnie jest smaków skarpetkowych, i dobrze, bo jakbyśmy wszyscy lubili to samo to by było nudno.. A tak może być kolorowo i kreatywnie. Ale jeśli lubisz nosić skarpetki podobne do moich, może ten post odrobinę pomoże Ci te swoje idealne i wymarzone skarpety wydziergać. 

Chciałabym się z Wami podzielić pewną formułą skarpetkową, według której moje ulubione skarpetki powstają. W całości dziergane są ściegiem gładkim, od paluszków po ściągacz, z piętą wyrabianą rzędami skróconymi. Żadna filozofia i żadne odkrycie, prawda? Dokładnie. 

Diabeł tkwi jednak w szczegółach i technikach wykorzystanych podczas dziergania takich skarpetek. W przypadku moich skarpetek to kieszonka na palce, która kształtowana jest rzędami skróconymi oraz klin przed rozpoczęciem pięty, który gwarantuje nie tylko komfort noszenia, ale również zakładania skarpetek.  

Zanim przejdziemy do szczegółów, zacznijmy może od podstaw - co nam będzie potrzebne? 

Druty z żyłką w rozmiarze 3.25 mm oraz włóczka skarpetkowa (w swoich wyżej prezentowanych skarpetach wykorzystałam włóczkę Arwetta Classic od Filcolany (klik)) w ilości ok 50 g (na jedną parę krótkich skarpetek zużyłam dokładnie 40 g włóczki). 

Jeśli marzysz o dłuższych skarpetkach, będziesz potrzebować tej włóczki więcej. Oczywiście, skarpetki możesz też dziergać na drutach pończoszniczych, jeśli wolisz. Zastosowane druty, czy pończosznicze czy z żyłką, nie mają dla samego procesu dziergania większego znaczenia. 

Potrzebujesz też igłę dziewiarską do wykończenia oraz zamknięcia oczek w ściągaczu oraz centymetr, żeby zmierzyć długość swojej stopy, oraz 2 markery (znaczniki).

Próbka to 28 oczek na 40 rzędów. Skarpetka ma w obwodzie 18.5 cm, a poniżej podany opis jest na skarpetkę dzierganą w jednym kolorze. Możesz go łatwo zmienić wplatając w poniższą instrukcję zmianę kolorów w dowolnie wybranym przez siebie momencie. 

Skróty: 
k - oczko prawe
p - oczko lewe
M1R - oczko dodane pochylone na prawo
M1L - oczko dodane pochylone na lewo
ds - przełóż 1 oczko bez przerabiania z lewego na prawy drut, a następnie przełóż nitkę do tyłu robótki mocno naciągając roboczą nitkę, tak by powstało na prawym drucie oczko, wyglądające jak podwójne. 
TW - obróć robótkę
k2tog - 2 oczka prawe przerabiane razem pochylone na prawo
ssk - 2 oczka prawe przerobione razem pochylone na lewo
p2tog - 2 oczka lewe przerabiane razem

Wracając do technik - żeby taką skarpetkę wykonać potrzebujesz opanować: 
Zakładam, że masz już opanowane dzierganie na okrągło? i w rzędach? 

Jeśli tak, to właściwie jesteś gotowa do działania. 

OPIS: 

Stosując technikę Judy's Magic Cast ON nabierz 52 oczka (26 na każdym z dwóch drutów), skrzyżuj luźną nitkę z nitką roboczą (w ten sposób zabezpieczasz ostatnie z nabranych oczko), włóż marker, wyciągnij dolny drut i dziergaj:

KSZTAŁTOWANIE KIESZONKI NA PALCE:

1 rząd (prawa strona): k20, TW.
2 rząd (lewa strona): ds, p13, TW. 
3 rząd: ds, k do ds, k2tog, k1, TW.
4 rząd: ds, p do ds, p2tog, p1, TW. 

Powtarzaj rzędy 3 - 4 jeszcze 5 razy. 

Następny rząd (prawa strona): k do 6 oczek przed markerem (napotkane oczko ds przerób jako k2tog), TW.
Wykonaj rzędy 2 - 4, a następnie powtarzaj rzędy 3 - 4  jeszcze 5 razy. 

Następny rząd (prawa strona): k do markera (napotkane oczko ds przerób jako k2tog), przełóż marker. 

Od tego momentu zaczynamy dziergać w okrążeniach. Dziergaj w okrążeniach ściegiem gładkim do momentu, gdy skarpeta będzie mieć 10 cm mniej niż Twoja długość stopy (w moim przypadku - rozmiar 38, to dokładnie 14 cm, mierzone do czubka palców w skarpecie). 

KLIN PRZED PIĘTA:

1 okrążenie: k3, M1L, k20, M1R, k3, wstaw marker, k do markera (2 oczka dodano)
2 okrążenie (i każde kolejne parzyste): [k do m, przełóż marker] 2x
3 okrążenie: k3, M1L, k do 3 oczek przed następnym markerem, M1R, k3, przełóż marker, k do markera, przełóż marker (2 oczka dodano)

Powtarzaj okrążenia 2-3 2 razy jeszcze, a następnie wykonaj okrążenie 2. 

W tym momencie na jednym drucie powinnaś mieć 26 oczek, a na drugim 34 oczka. Na drucie z większą ilością oczek będziesz wyrabiać piętę. 

PIĘTA: 

1 rząd: k32, TW.
2 rząd: ds, p29, TW.
3 rząd: ds, k do ds, TW.
4 rząd: ds, p do ds, TW.

Powtarzaj rzędy 3-4 jeszcze 7 razy. 

Następny rząd: k do drugiego markera (napotkane oczka ds przerób jako k2tog), przełóż marker. 

Dziergaj jedno okrążenie ściegiem gładkim (napotkane oczka ds przerób jako k2tog). 

1 rząd: k24, TW. 
2 rząd: ds, p13, TW. 
3 rząd: ds, k do ds, k2tog, k1, TW. 
4 rząd: ds, p do ds, p2tog, p1, TW.

Powtarzaj rzędy 3 - 4 jeszcze 7 razy. 

Następny rząd: k do drugiego markera, przełóż marker. 

Wykonaj jedno okrążenie ściegiem gładkim (napotkane oczka ds przerób jako k2tog). 

REDUKCJA KLINA:

1 okrążenie: k2, ssk, k do 4 oczek przed markerem, k2tog, k2, przełóż marker, k do markera, przełóż marker (2 oczka odjęto). 
2 okrążenie: k do drugiego markera, przełóż marker. 

Powtarzaj okrążenia 1 - 2 jeszcze 3 razy. 

W tym momencie ilość oczek na obu drutach powinna być taka sama i wynosić 26 oczek (52 oczka  w sumie) 

Dziergaj dalej w okrążeniach ściegiem gładkim przez kolejne 15 okrążeń. Następnie rozpocznij pracę ściągaczem 1x1 (ok 4 cm). 

Zamknij oczka przy użyciu igły dziewiarskiej techniką podaną powyżej i zabezpiecz luźno zwisające nitki.

Drugą skarpetkę wydziergaj w ten sam sposób. 

Dotrwałaś do końca? masz swoją wymarzoną skarpetkę? Gratulacje! 
Czas zatem na kolejną do pary :) 

Mam nadzieję, że ten powyższy opis Wam posłuży. Jest to właściwie opis na bardzo konkretną skarpetkę, ale przy niewielkich modyfikacjach (w długości czy szerokości) możesz śmiało korzystając z tego tutorialu wykonać skarpetkę na swoją miarę :) 

Jeśli wydziergasz swoją skarpetkę ze mną - pochwal się proszę rezultatem! Będzie mi też miło jeśli się na ten tutorial powołasz :) 

Ponieważ opis ten nie został wcześniej przetestowany i sprawdzony - może się zdarzyć, że gdzieś w wierszach trafiła mi się pomyłka - jeśli tak, wdzięczna będę za taką informację :) 

Powodzenia i przyjemnego dziergania! 




czwartek, 2 listopada 2017

kompulsywnie niczym fabryka..

Skarpeteńki, skarpetunie, skarpetki.. zamiast bamboszków i papciów, klapków i innych domowych wynalazków. Kolorowe i szybkie w robocie, wynagradzające trudy ściegu pończoszniczego w trybie prawie natychmiastowym. Żakardowe, gładkie, w paski.. Obojętne - byle były! Ale najważniejsze, dziergane od paluszków! Tak.. 

Dziergam nie tyle dlatego, że to kocham, chociaż to oczywiście też, ale przede wszystkim dlatego, że inaczej wysiedzieć w jednym miejscu nie potrafię. Zdarza mi się wieczorem zasiąść przed telewizorem i zwyczajnie przytulić się do szerokiego Połówkowego ramienia.. i nawet mnie ta bierność tej czynności nie boli, zazwyczaj jednak jeśli już mamy coś razem w te długaśne wieczory oglądać, to bez robótki w rękach to się raczej nie wydarzy. To trochę mój taki bilet do kina, jak nie mam nic na drutach to się za filmy nie biorę i Połówka nawet największe przekonywania mnie nie ruszają. Zwyczajnie nie i koniec. On zresztą jest już świadom, że oglądanie ze mną czegokolwiek bez drutów w dłoni to trochę jakby chochlik nam złośliwie co 3 sekundy pauzę wciskał. Tym chochlikiem jestem ja.. no bo przecież w 3 minucie od początku filmu wpadłam na pomysł, że jednak kupię ten wzór na tamten sweter co to mi się chyba podoba.. i biegnę do komputera, żeby wrócić ze spuszczoną głową i bez wzoru, bo się jednak po drodze rozmyśliłam.. 5 minut później, jeszcze zanim akcja w filmie się zacznie, ja już biegnę do szuflady, bo sobie o jednym motku przypomniałam, co to może w końcu będzie chciał być chustą.. nieee, to jednak nie jest jego życzenie.. Tak mogę w kółko jakieś dzieścia razy, wzdychając i wyrzucając z siebie systematyczne "nie mam co dziergać" w eter, drapiąc się przy tym i ogryzając skórki i paznokcie z nerwów. Tak, źle jest ze mną, gdy jestem na głodzie ;)

Tuż po przeprowadzce, nie mając wielkich nadziei na powrót dziewiarstwa do mojego wtedy koszmarnie chaotycznego życia, z lękiem na ramieniu wrzuciłam oczka na skarpetki. I tak mi się to spodobało, że powstało ich całkiem sporo, niektóre w jednym egzemplarzu, chociaż wciąż tym samym wzorem. Pozostało mi po tym szaleństwie sporo mikro kuleczek, które jakoś trzeba było spożytkować. A kiedy przyszło mi po raz kolejny nie dziergać tego swetra co to miał być idealny na przerwy między własnymi projektami, ale zupełnie się nie nadaje na spotkania dziewiarskie, bo za dużo w nim akcji (warkocze, tekstury i w dodatku w pięknej czerni), wzięłam się za skarpetki. Coś dziać trzeba, w końcu wszyscy dziergają, ale najlepiej coś lekkiego i praktycznego - może właśnie z tych niewykorzystanych resztek. Powstała zatem całkiem sporych rozmiarów kolekcja skarpetek wszelakich, najprostszych, od palców w górę dzierganych, z małym klinem na piętę dzierganą rzędami skróconymi. Idealne!






Połówek jak najbardziej też się doczekał nawet dwóch par.. takie to przyjemne dzierganie, że właściwie weszło mi w nawyk i tych kilka rzędów więcej (na 46 rozmiar) wcale mnie aż tak bardzo nie boli... ;) 

Szukam zatem pięknych skarpetkowych włóczek, które uratują mnie w potrzebie, jak mnie znów dopadnie brak weny, a filmy czekać będą.. Coś możecie mi polecić? Pasiaste? trwałe? w centki? nie za cienkie, ale nie za luksusowe? takie wiecie, efektowne, ale nie do zdarcia ;) 

Tak sobie teraz myślę, że taką skarpetką tryliard razy wydzierganą, można sobie cudownie wyćwiczyć techniki i metody, wręcz do perfekcji. Nabieranie oczek Judy's Magic Cast On - mam już w małym paluszku. German short rows - po ciemku zrobię, w nocy o północy i na śpiączku.. zamykanie oczek na modłę włoską - pfi.. z paluszkiem w nosie! Taka potęga tkwi w jednej skarpetce, taka siła! taki potencjał! 

Racja? 

Racja.. 

To wracam do drugiej do pary.. 

Miłego dziergania! 


czwartek, 26 października 2017

Ulysse od De Rerum Natura

Testuję nowe dla mnie włóczki! 

Ponieważ przyszło nam żyć kiedyś właściwie na "Syberii", przynajmniej tej ze względu na warunki pogodowe, bo na pewno nie na lokalizację ;), moja szafa obrosła w dzianiny ciepłe. Mam kilka swetrów z włóczki typu worsted i jak już Wam nie raz wspominałam, bardzo lubię się z włóczką Gilliatt. Połówek też się z nią lubił jak mieszkał w chłodniejszym i wilgotniejszym, bo prawie górskim, klimacie (ma z niej wydziergane 2 swetry, jeden lubi w szczególności) ;) Wraz z przeprowadzką zmieniła się nam nie tylko okolica, ale przede wszystkim aura! Mamy już prawie listopad, a ja wciąż po domu ganiam bez skarpetek, tydzień wcześniej spokojnie mogłam śmigać po lasach w sandałach, a ciepłe swetry bardziej na chwilę obecną wietrzę, zawiązane wokół szyi niczym szal, niż noszę na sobie, bo jest mi w nich zwyczajnie za gorąco. Wiedząc o tym, że Ulysse jest cieńszą siostrą Gilliatt postanowiłam i jej spróbować. Minus.. pomimo faktu, że jest to włóczka typu fingering jest mi w niej wciąż za ciepło ;) plusy mogłabym mnożyć i mnożyć.. Ale do tego dotrę kiedyś, jak już będę mieć pogląd też i na to, jak się tę włóczkę użytkuje i moja opinia będzie nieco bardziej rozbudowana. Dziergało mi się z niej świetnie, ma w sobie cudną lekkość, którą we włóczkach od De Rerum Natura bardzo lubię, no i ten naturalny i mocno wełniany charakter! Trudno im się oprzeć ;)

Zamówienie niestety zrobiłam kilka dni przed tym jak pojawiły się w asortymencie nowe kolory. Trochę żałuję, że jednak się pospieszyłam, bo do istniejącej palety dostępnych barw dołączyły zdecydowanie moje odcienie, ale czuję, że to nie będzie moje ostatnie rodeo i zamówienie z tej włóczki, więc z pewnością nadrobię braki w kolorach w późniejszym czasie. 

Przepadłam na rzecz okrągłych karczków! Tak jest! Zasadniczo nigdy wcześniej nie podejrzewałam siebie o zamiłowanie do takiej konstrukcji czy stylu, ale bardzo mi się takie dzierganie wieloma kolorami spodobało. Lubię przed sobą stawiać wyzwania, i ten sweter z jego okrągłym karczkiem zasadniczo innym od Wild Grass, sprawił mi bardzo dużo radości! Trudno jest coś wymyślić, jeszcze trudniej jest wykonać tak, żeby pasowało i spełniało oczekiwania.. Zwłaszcza jeśli się jest w kompletnie obcej dla siebie dziedzinie, jaką na chwilę obecną są karczki okrągłe dla mnie. To taki niewiadomy ląd.. nieznany, groźny i pełen niespodzianek, ale bardzo się cieszę, że się odważyłam i mam wrażenie - wyciągnęłam z tej podróży najwięcej ile mogłam! 

Oprócz zmian w postaci pogody, przeprowadzka przyniosła też i nowe dla mnie doświadczenia. Nie wiem jak się to stało i jakim cudem, ale nareszcie znalazłam prawdziwe dziewiarki! Swoich człowieków mam! Takich prawdziwych, z krwi i kości, które są na wyciągnięcie ręki, mają swoje robótki i chętnie dziergają w grupie plotkując i ciesząc się zamiłowaniem do sznurków i tego pięknego hobby! W naszym starym domu miałam znacznie mniej tego typu spotkań w zasięgu ręki czy nogi, bo jak już były jakieś fajne, to bardzo ode mnie oddalone. Te, które odwiedziłam, bardzo mnie zniechęciły, bo chociaż trafiałam na przesympatyczne osoby, to wciąż czułam, że to nie to miejsce i nie te człowieki. Może coś w mojej głowie się zmieniło, może nastrój zmianami wywołany, ale chociaż dziewczyny, które teraz poznaję, są równie miłe i sympatyczne co tamte z przeszłości, bliższe mi się wydają. I chociaż bardzo trudno mi jest być nową i jedyną świeżynką w grupie, która się zna od lat i od dawna się spotyka, chodzę, bywam i otwarta jestem na to, co mnie tam spotyka! A spotyka mnie samo dobro.. na razie ;) A ponieważ jesień to okres niekończących się spotkań, zapowiada się niezły tour! :)

Zdjęcie poniżej dokumentuje moje do takiego spotkania przygotowania! Pierwszy raz w nowej grupie - a ja nie mam co dziergać! Ledwie godzinę przed spotkaniem, w panice będąc, narzuciłam kilka oczek, że niby czapkę będę robić. Prawda jest jednak taka, że na spotkaniach, na których obowiązuje język niemiecki, albo dziergam, albo słucham - żeby zrozumieć muszę skoncentrować całą swoją uwagę na rozmówcy, łącznie ze wzrokiem. Wiadomo było zatem, że podziergać, nie podziergam :) Zaczyna do mnie pomału docierać, dlaczego najchętniej dzierganym na spotkaniu projektem są skarpetki lub zwyczajny garter :) ma to swoje uzasadnienie :))) niezależnie od umiejętności językowych ;)


A teraz siedzę sobie przed tą trójcą i próbuję się z nią dogadać... 


bo czeka na mnie takie cudo.. ale wciąż mi brak odwagi by się jemu dać porwać.... 



Na koniec już całkiem, chciałabym się do jednej sprawy odnieść, która dość często się pojawia a wywołuje raczej smutne u Was reakcje. 

Oczywiste jest, że kocham dziergać. Przyznaję też, że pisanie wzorów bywa bardzo wyczerpujące, przynajmniej dla mnie, ale tłumaczenie ich na język polski jest dla mnie okrutną męczarnią. Wiem, że w naturalny sposób oczekuje się ode mnie, że dostarczę Wam produkt, który Wam będzie w 100 % odpowiadał. I staram się to robić za każdym razem, gdy podejmuję się zadaniu spisania wzoru. Jednakże, tłumaczenie ich dostarcza mi skrajnych emocji, i przyznaję, na długie miesiące zabiera mi chęci do pracy przy komputerze. W związku z tym, że sama tego nie zamierzam robić, a na chwilę obecną nie posiadam tłumacza na wezwanie, bardzo Was proszę o zrozumienie. Wzory będę publikować w języku angielskim tylko, bo to dla mnie naturalny język dziewiarski. I jak to wielokrotnie przez niektóre z Was zostało udowodnione, jest językiem łatwym do opanowania, nawet dla tych z Was, które nie znacie go wcale. Moje koleżanki blogerki przygotowały już nie jeden, a wiele, materiałów, które mają na celu niesienie Wam pomocy w samodzielnym przyswojeniu sobie dziewiarskich instrukcji w języku angielskim (jeśli mnie Moje Drogie czytacie, proszę, podajcie w komentarzach linki do siebie, gdzie takie materiały są dla innych dostępne, z góry dziękuję!). Wiem, musicie w związku z tym bardzo konkretną pracę wykonać, i z pewnością macie i czasowe i życiowe ograniczenia, tak jak my wszyscy. Ale bez tej pracy same sobie odmawiacie dostępu do masy materiałów dziewiarskich, czyli ostatecznie same sobie krzywdę robicie. To od Was zależy jak Wasza dziewiarska przygoda się rozwinie, tak jak i ja kształtuję swoją. Wiem, że nie podołam wszystkiemu i tego robić nie zamierzam. 

Jeśli uda mi się znaleźć kogoś, kto tę pracę za mnie wykona - dam Wam znać. 

Do tego czasu moje nowe wzory dostępne będą tylko w jednej wersji językowej, czyli w języku angielskim.

POMOCNIK JĘZYKOWY dla Was:
Kamila wojkam5 (otulove.pl) : jak zrozumieć wzory robótkowe, kurs on-line

Ponieważ weekend za pasem a z nim kolejne dziewiarskie pogaduchy (wraz z Połówkiem!), zabieram się za pracę i życzę Wam pięknego końca października! Niech nad Waszą głową słońce wysoko świeci, a wełna szyję otula! 

Przyjemnego dziergania! :*

.. i do następnego razu :*

piątek, 20 października 2017

Pinpoint

Pinpoint..  z dokładnością wielkości główki od szpilki dopracowany.. 

Mogłabym dużo i długo o tym swetrze opowiadać, bo jest to jeden z tych moich projektów, który zwyczajnie wad nie posiada, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Kluczem do tego by leżał dobrze jest dopasowanie w ramionach, ten projekt wiele za nas załatwia, ze swoim luzem w pasie i w biodrach, ale ramiona wymagają szczególnej uwagi, zwłaszcza podczas zszywania! Tak, ten projekt wymaga użycia igły - ale jest to zaledwie kilka centymetrów dzianiny, którą przy użyciu igły należy połączyć. Jako całkowity przeciwnik zszywania, potwierdzam, że jest to wykonalne! ;)

Dziergany jest od dołu, z uroczym ażurem na froncie, idealnej głębokości dekoltem, i pięknie uformowaną główką rękawa. Dodatkowe dekoracje w postaci wykończeń, to taka kropeczka nad "i", chociaż równie pięknie, jak testowe projekty pokazują, prezentuje się w klasycznym ściągaczowym wykończeniu. 

Nie wiem czy jest to typowy dla mnie projekt, bo mało w nim szaleństwa, w ogóle nawet go nie ma :) Ale przyznaję, że ostatnimi czasy takie właśnie pozornie proste, ale przemyślane projekty nawiedzają mnie we śnie.. więcej takich projektów będzie w mojej szafie i mam nadzieję, w waszych bibliotekach z wzorami mojego pomysłu również :) 

Ten projekt właśnie został opublikowany i jest dostępny również dla Was - tu: klik
Tutaj z kolei możecie podglądnąć cudowne wersje testowe: klik

Wzór jest opublikowany w języku angielskim i na chwilę obecną, pochłonięta nowymi projektami,  nie zakładam jego tłumaczenia na język polski. Jeśli się to zmieni z pewnością Was o tym poinformuję. 

I już bez zbędnych słów komentarza - zobaczcie jak razem wyglądamy - 

Oto Pinpoint:






 

   

Pyszny smaczek w postaci nieskoordynowanych ruchów twarzy i nie tylko, pozostawiam Wam na koniec ;) bo żeby sesja wyszła dobrze, muszę to i owo rozluźnić.. nie ma nic lepszego od dobrego wygłupu w postaci tanga w pojedynkę :) 


Pozdrawiam Was serdecznie i życzę miłego i słonecznego weekendu :)

Dziergajcie.. bo idzie zima.. :)

środa, 4 października 2017

Maxinel

162 i pół centymetra.. tyle dzieli czubek mojej głowy od twardej ziemi. Nigdy to jednak nie przeszkadzało mi w tym, by tę moją szanowną głowę nosić wysoko w chmurach.. ;) Zadzieram nosa do góry jak mi potrzeba się deczko wydłużyć tu i tam ;) obcasami gardzę na co dzień.. I chociaż wiem, że dobry obcas potrafi o ładnych parę centymetrów całe ciało wydłużyć optycznie, od zawsze preferuję od estetyki wygodę i swobodę.. Prawda jest jednak taka, że i z tą sylwetką, jaką mam, choć proporcjonalna, jak często słyszę, to jednak niezbyt podobno współgrająca z szerokimi i długimi dzianinami, dobrze się czuję w pledo - swetrach. Lubię się takim omotać, w niego wtulić, zawinąć wokół siebie niczym chmurkę lub pierzynkę by tak uzbrojona z chłodem i porywistym wiatrem październikowej aury się zmierzyć. 

Czasem rodzi się w mojej głowie przekonanie, że było mi pisane żyć w fartuchu, uniformie, kitlu, którego długie połacie swobodnie majtałyby mi się o moje nogi. Płaszcze, moje czy cudze, kocham od zawsze, jeden taki wełniany czarny płaszcz na zawsze już w moim sercu pozostanie, bo dzięki niemu spojrzałam na Połówka bardziej przychylnym wzrokiem ;) Długie dzianiny od zawsze kojarzą mi się z dostojnością, siłą, pewnością siebie, ale i też ciepłem i przytulnością. Jeśli jeszcze jest dodatkowo atrakcyjnie skonstruowana - jestem ugotowana! 

Ten kardigan, który dzisiaj chcę Wam pokazać, jest kwintesencją tego, co w długiej dzianinie uwielbiam. Jest przede wszystkim lekki jak piórko! No, może trochę przesadzam, bo to jednak pół kilograma wełny w najczystszej postaci, jednakże w noszeniu ta waga jest kompletnie nieodczuwalna. Niewątpliwie jest to zasługa wykorzystanego włókna, które samo w sobie ma dość dużo powietrza, pozostając przy tym niezwykle zwartym i chroniącym od zimna włóknem. Lubię się z tą włóczką i naprawdę bardzo gorąco Wam ją polecam. To Gilliatt od De Rerum Natura (klik). To już mój 4 projekt powstały z tej włóczki (jak do tej pory powstały dwa męskie swetry oraz mój Monochrome pullover), piąty i szósty są w drodze. Podkreślam, nie jest to post - reklama, nikt mi za tę dzisiaj prezentowaną opinię nie zapłacił, a ja dzielę się z Wami tym, co mnie samą w przypadku tej włóczki zaskoczyło, abstrahując od tego co gołym okiem widoczne, czyli że jest po prostu efektowna  - jest jeszcze niezwykle wydajna i trwała. 

Wiedząc o tym, zdecydowałam się więc na projekt szaleństwo, poszerzany do dołu długaśny kardigan, który - to chyba najciekawsze - dziergany jest w całości od dołu do góry! Nie mam pojęcia jak ja to zrobiłam, ale powstał w ekspresowym, nawet jak dla mnie, tempie, bo w zaledwie tydzień! Na dokładkę wkomponowałam w jego i tak dość oryginalny kształt, ukochane warkocze, bardzo podobne do tych wykorzystanych w Satinel (klik). Stąd dość oczywista w tym przypadku nazwa.. 

Dość gadania.. zapraszam Was na prezentację!

Oto Maxinel na granicy dnia i nocy!




 


 


I podobnie jak jego starsza siostra, czyli Satinel, jest jak najbardziej dwustronny!


Plan na prezentację tego swetra był zupełnie inny. Pod wpływem chwili zdecydowaliśmy się na zdjęcia dość późną porą dnia.. Właściwie złapaliśmy ten ulotny moment, kiedy to dzień na tych zaledwie kilka chwil przenika się z nocą, tuż przed tym momentem, gdy po raz kolejny, nie wiem już który, znów się rozstaną.. Piękny to był moment.. i chociaż zdjęcia te nie są idealnie ostre jak brzytwa, a kolor szary nie zawsze oddaje prawdziwą szarość tej włóczki, bardzo chciałam i Wam te zdjęcia pokazać.. 

Sesja niewątpliwie zostanie powtórzona.. Chociażby dla celów związanych z edycją wzoru (tak, zamierzam go spisać!), ale dzisiaj jeszcze na chwilę dam się porwać tej chwili, która nas wczoraj, niczym ciepły pled, otuliła.. 

Dużo Słońca dla Ciebie w dniu dzisiejszym! :*

niedziela, 24 września 2017

Wild Grass i Azula

Okrągły karczek marzył mi się już od jakiegoś czasu. Ten konkretny projekt, który chcę Wam dzisiaj zaprezentować, powstał w głowie i poniekąd na papierze już przynajmniej 2 lata temu, kiedy to podczas jednej z kreatywnych sesji z programem, na którym szkicuję te wszystkie schematy dla Was, ćwiczyłam swoje umiejętności ;) Prawda jest taka, że zmalowałam wtedy schemat w oparciu o bajecznie piękną ażurową serwetę, która do złudzenia przypominała mi wycinankę :) 

Jakżeż było miło wyciągnąć ją z czeluści programowych zakamarków, kiedy to w ręce wpadły mi dwa kontrastujące ze sobą motki! Wyobraźnia zagrała idealnie i tylko próbka dzieliła mnie od zrealizowania planu - i stało się niemożliwe! Próbka idealnie się zgodziła! 

Zabrałam się zatem za to, co pozornie, w projektowaniu jest pewne, czyli za dzierganie. 

Konsekwentnie, to co jednego dnia wydziergałam, drugiego dnia sprułam.. i tak przez kilka dni z rzędu.. 

Ostatecznie, w tym samym czasie wydziergałabym nie z głowy, a korzystając z gotowego i opracowanego wzoru, pewnie dwa takie swetry. Ale taka jest cena pomysłu własnego. Tylko ja wiem ile łez poleciało, ile kosmatych i niecenzuralnych epitetów pod adresem własnym przez zęby wycedziłam, ile razy chciałam pociąć włóczkę na ścinki lub przerobić na pompony! Oczywiście, w takich chwilach nie odpuszczałam dziadowi.. odchodziłam na te "5 minut", przegryzłam się z tematem, poprawiłam w głowie co sama wcześniej skopałam i zabierałam się za niego po raz kolejny. 

I chociażby właśnie ze względu na to ile pracy kosztowało mnie opracowanie tego okrągłego karczku, i za to, jak pięknie leży, uwielbiam go absolutnie! 

Włóczka, którą tu widzicie, to dwa kompletnie różne od siebie włókna, chociaż właściwie parametry mają wspólne. Róż to Merino SW 300 (300m / 100g) od Q-Lana, kontrastujący prawie czarny to Malabrigo Arroyo (też 300m / 100g). Niestety, na tym podobieństwa się kończą. Jedna włóczka jest mięsista i znacząco grubsza od drugiej, druga z kolei przelewa się przez ręce niczym włókno z domieszką jedwabiu.. Nie powiem Wam które jest które, ale jedno Wam zdradzę, kiedy Malabrigowe włókno po każdym kolejnym pruciu traciło w oczach siły witalne, tak włóczka od Q-Lany ani drgnęła, nie tracąc nic a nic ze swojego skrętu i kondycji ogólnej.. 

Taka to historia.. 

Miały nam dziś towarzyszyć trawy, nie wyszło nam to jednak.. całe nadrzeczne bulwary skąpane dzisiaj były przepięknym i bardzo mocnym słońcem! (odczuwalne 25 na plusie!) i gdyby mi przyszło w tym swetrze na tej lampie paradować, nie byłoby kompletnie z tych naszych zdjęć pożytku. Skryliśmy się zatem w leśnych zakamarkach, w poszukiwaniu cienia i pierwszych oznak jesieni.. Ta już zaiste jest u nas.. Jak nie szyszką lecącą prosto w łeb strzela, to kasztanem, albo orzechem, chociaż o te na ścieżkach w naszej okolicy najtrudniej (wszystkie zebrane!). Ale liściaste dywany już pod naszymi stopami rozłożyła.. Ot proszę, jak to z jej strony miło.. 

Dodam jeszcze, że na sesję zdjęciową zabrałam świeżuteńką czapeńkę - nie miałam nawet czasu jej prać i blokować! To Azula (klik) według projektu Woolly Wormhead, bajecznie ciekawa w dzierganiu garterowa perełka! Nie jest to co prawda projekt telewizyjny, nawet nie wiem czy jest to projekt dla początkujących, ale warta jest tego by się z nią zmierzyć. Konstrukcyjna perełka po prostu! Są takie projekty, koło których ja nie potrafię przejść obojętnie, i to jest właśnie jeden z nich! 

Dobrze, tyle słowem zmalowałam, teraz zapraszam Was serdecznie na prezentację! 

Oto Sweter Wild Grass w towarzystwie Azuli. 















Zgrany to duet, prawda?

Kto zgadnie w którą stronę dziergałam żakard??? :)

Połówek jak zwykle focił, dziergałam ja.. ten duet też niemożliwie doskonale nam wciąż wychodzi ;)

T. - KCB :* 

Miłego dnia Kochani!
Niech jesień Was rozgrzeje!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...