poniedziałek, 5 czerwca 2017

bezimienny..

W poprzednim poście radośnie oświadczyłam, że życie się nam nareszcie układa i praktycznie dotykam swojego "ZEN".. Nigdy, ale to nigdy przenigdy nie napiszę już nic takiego więcej.. 

Ledwie kilka godzin później świat nasz się zatrząsł rewelacjami płynącymi z Krakowa. Szczęśliwie to tylko strach co ma wielkie oczy, ale już byłam na granicy pakowania walizek i szybkiego lotu.. Spraw związanych ze zdrowiem nigdy nie lekceważymy.. nauczyliśmy się reagować natychmiast, bo życie nas tego w najgorszy z możliwych sposobów nauczyło, że nie ma co czekać, a godziny to czasem luksus, którego nie wszyscy mają w zapasie.. 

Na szczęście wszystko się dobrze poukładało, chociaż nie tak do końca, ale przynajmniej na tyle, żeby coś jednak jeszcze zaplanować zamiast działać w pośpiechu. W związku z tym właściwie godziny dzielą mnie od moich starych śmieci i mojego domu rodzinnego. Od jutra nie będzie mnie przez kilka tygodni, w związku z tym wszystkie moje dotychczasowe plany musiałam przełożyć.. i tak pisanie wzorów, dzierganie, pisanie dla Was postów, to wszystko musi zaczekać na lepszy moment, bo życie jak zwykle swoje wymagania stawia ponad wszystko inne.. 

Dlatego słowem już się nigdy przenigdy nie przyznam, że jest dobrze.. bo potem się dzieje to, czego żadne z nas nie chce.. 

Pomimo wszystko zaparłam się w sobie i zrobiłam wszystko, żeby jeszcze przed wyjazdem zdążyć Wam pokazać moje ostatnie dziecko... Niezwykle przyjemny w dzierganiu pulowerek o letnim charakterze. Jest coś takiego w intensywnie kolorem wysyconych włóczkach, że widzę je ZAWSZE w aranżacji dziurawej.. no nic na to nie poradzę. Wygląda na to, że dziurki i dziureczki latem wielbię.. ;) Więc mam ich w tym projekcie w nadmiarze. 

O dziwo, lubię się też z fioletem.. ale z tym wyjątkowo jest łatwo się pokochać. Głęboki, mroczny, piękny.. To Violeta Africana od Malabrigo na bazie sock. Uwielbiam.. kiedyś się od tej włóczki wszystko zaczęło.. a teraz zadziałała na mnie jak najlepszy kompres.. 

Z pewnością NOWEGO w tym sweterku nie zauważycie, prosta forma, bez fajerwerków, no może poza jednym szczegółem.. ciekawe czy go zauważycie? :) 

Imienia jeszcze nie ma, chętnie posłucham Waszych propozycji.. :)

Dość słów, niech obrazy same przemówią.. :*
















Kciuki.. trzymajcie w najbliższym tygodniu za mnie! Przydadzą się!

A jeśli wiecie coś o jakimś dzierganiu publicznym w Krakowie w najbliższą sobotę - wdzięczna będę za informację!

Przyjemnego wieczoru i do następnego razu! :*

wtorek, 30 maja 2017

weny powroty..

Kompletnie nie potrafię wytłumaczyć co ostatecznie zadziałało, ale Kochani, WENA nareszcie wróciła... Może to dlatego, że to znów Malabrigo, a z nim przecież dogaduję się od zawsze bez większych zgrzytów.. Równie prawdopodobne jest to, że nareszcie emocje związane z ogromnym stresem, jaki jest za nami, opadły, wszystko jakby przycichło, jakby się ułożyło, jakby się więcej miejsca zrobiło dla mojej Przyjaciółki, która długie miesiące termu spakowała się i ode mnie sobie poszła.. Może to też dlatego, że mój nowy zakątek świata jest dla mnie o niebo łaskawszy niż ten poprzedni! Znów truchtam radośnie, odkrywając nowe zakątki po drodze, i nie tylko florę, ale i lokalną faunę! Raju.. ile tu zwierząt! Ja już nawet nie mówię o biegających tymi samymi ścieżkami lisach, sarnach czy w sąsiedztwie żyjących kociakach! Czaple, żurawie, kosy, skowronki, gęsi, łabędzie i mnóstwo innych skrzydlatych, których nawet nie potrafię nazwać.. Ale i wydry, i nawet jeden żółw błotny, którego ostatnio wypatrzyliśmy jak żerował przy brzegu nieśmiało wyciągając w naszym kierunku główkę spod wody.. jak tu się nie zachwycić?!

Sprawy mieszkalne potoczyły się lepiej niż mogły, a muszę Wam powiedzieć, że jeszcze 3 miesiące przed planowaną przeprowadzką nie wiedzieliśmy, do którego miasta ostatecznie się przeniesiemy, a wybieraliśmy pomiędzy dwoma lokalizacjami, oddalonymi od siebie o kilkadziesiąt kilometrów. Ba, w dwa miesiące przed planowaną przeprowadzką, gdy już zdecydowaliśmy gdzie będziemy mieszkać, nie mieliśmy mieszkania, a Połówek szykował się na 2 tygodniową delegację.. Ostatecznie mieszkanie znaleźliśmy w niespełna 3 tygodnie przed przeprowadzką.. I powiem Wam szczerze - nikomu nie polecam takiego szaleństwa. Zjadło mnie to od środka.. wykończyło i naprawdę ograbiło z sił witalnych. Do tej pory jeszcze nie dowierzam ile musiało nam w życiu sprzyjać, żeby to przedsięwzięcie się udało, ale z pewnością sporo jest w tym Waszej zasługi! Jeśli trzymałaś za nas kciuki przez ostatnie miesiące, wiedz, że wszystko się udało lepiej niż sobie to wymarzyliśmy! I za każdego kciuka trzymanego w górę, za każdą myśl ciepłą, biegnącą w naszym kierunku, serdecznie oboje dziękujemy! 

Długo się ze sobą spierałam, już jak tu osiedliśmy, z twórczością własną, by ostatecznie się poddać, zwątpić, odłożyć, na właściwie wieczne nigdy, bo przecież nie ma co walczyć z wiatrakami, a skoro umysł i wyobraźnia odmawiają współpracy, nie zmuszę ich, prawda? Dlatego milczę blogowo, bo o czym tu pisać? o tym, że nie wychodzi? że z pustego i Salomon nie naleje.. ?

Aż nadszedł ten piękny dzień, gdy Połówek po raz kolejny strzelił swoją motywacyjną gadkę, zwyczajowo podczas spaceru, a trzeba mu to przyznać, że jest w tym i niezastąpiony i niezłomny! i w nerwach, że to już tyle razy o tym gadamy, powiedział: "bo ty to zawsze koło chcesz wymyślić.."

I wiecie co? miał rację.. nie chcę mi się koła wymyślać, odechciało mi się zaskakiwać, wręcz poczułam się z tą moją ambicją malutka i śmieszna.. a po co to komu? no właśnie.. 

I teraz najlepsze.. nie myśląc, chwyciłam za motek Socka od Malabrigo.. i wyłączyłam myślenie, narzuciłam oczka i ... poszło.. 

nie ma planu, nie ma konceptu, nie ma idei, nie ma reguł, nie ma zasad, nie ma nawet założeń.. dzieje się samo, chyba dość symetrycznie, jakoś.. i tak mi się to dobrze dzieje, że celowo zwalniam kolejne rzędy, żeby się tym dzierganiem nacieszyć.. 

Lubię takie dzierganie.. :D





Nie bez znaczenia jest też i to, że ostatnio, pomimo wielkich zawirowań, czuję się jakby dotknięta szczęściem.. niewielu mam bliskich wokół siebie, ale ci, którzy są, kolejne dni mi rozświetlają.. motywując swoim niezłomnym duchem w toczeniu walki z czasem paraliżującą rzeczywistością. Takich mam Przyjaciół, którzy walczyć muszą, ale to jak to robią, sprawia, że mam ochotę sama się z życiem za bary wziąć.. i takich Przyjaciół i Tobie życzę. Prawdziwych, bo z krwi i kości, i silnych, bo podnoszących się z godnością.. 

I tak sobie myślę, że Wena sobie poszła, ale wróciła, bo znów zagościł w głowie mojej spokój.. niech się dzieje.. 

Niech się dzieje też i u Ciebie! :* 

niedziela, 30 kwietnia 2017

Woodfords by Elizabeth Doherty

Są takie projekty obok których nie można przejść obojętnie.. To jest jeden z tych! Włóczkę wykorzystaną w tym projekcie przywiozłam przed dwoma laty z Berlina, naczekała się bidula na swój czas, długo i cierpliwie. Niewykluczone, że dzięki temu nabrała jeszcze większego przykurzenia  i charakteru, może i nawet wytrzymałości, bo skoro przez dwa lata leżakowania nie ruszyło jej nic, to zniesie wszystko, prawda? ;) 

Włóczka, bo nad nią się chcę chwileńkę pochylić, to BFL XL od Welthase. XL ponieważ jeden motek to 150 g pysznego włókna typu fingering, czyli jakieś 600 m przyjemności! Przyjemność ta prezentowała się w robótce dość paskudnie, nierówno i topornie niczym zgrzebny sznur.. Pamiętam jak płakałam Dorocie (klik) jakoś na samym początku robótki, że to krzywulec będzie i nie da się go uratować.. i że chyba cieniem się położy na moim dziewiarskim dorobku, bo tak koślawych oczek to ja w życiu nie wyprodukowałam.. 

Dorota mówiła - "dziergaj".. to dziergałam, pomimo strachów.. Zresztą był to czas okropnie innymi sprawami zajęty, napięty, i tak nie miałam sił na wymyślanie innego projektu, a ten pięknie, chociaż bywa nużący, komponował się z moim dzierganiem z doskoku pomiędzy jednym pudłem a drugim, pomiędzy jednym mieszkaniem, a drugim.. Skończyłam go już w nowym domu, tam sobie w miksturach wełnę pieszczących poleżał, przegryzł się ze sobą, i wyprostował :) I już go nie chcę zdejmować.. 













Mój.. bo powstał jeszcze jeden! Ale tamtego Wam pokazać nie mogę, bo nie jest dla mnie przeznaczony ;) Przynajmniej dopóki obdarowana go nie dostanie :) 

Sam projekt jest mistrzowsko przemyślany i dopieszczony do każdego szczegółu! Mój wydziergałam według 4 rozmiaru (zdaje się na 45 cali), ale na mniejszych niż zalecane drutach. Wyszedł idealnie za duży, chociaż myślałam, że będzie jednak większy... myślałam, bo jak przyszło co do czego próbki się mi za bardzo sprawdzać nie chciało ;) tak.. lubię bardzo żyć na krawędzi :D 

Zmian nie wprowadziłam zasadniczo żadnych, ślepo podążałam za wzorem.. kocham takie dzierganie! Jedynie dół swetra wykończyłam identycznie jak mankiety, znacząco go przy okazji wydłużając. Zużyłam do cna całą włóczkę! i uwielbiam to, że mi się tak koło kolan majta! 

Jak widzicie na powyższych zdjęciach, deczko mi się okolica zmieniła.. do morza wciąż mam daleko, ale i lasy są znacząco inne, i przestrzeni otwartej więcej.. zwiedzamy to nasze nowe miejsce i szukamy swoich kątów.. miejmy nadzieję z kolejnymi dzianinami w tle będę Wam ten mój nowy zakątek prezentować :) 

Przyjemnej, długiej i ciepłej majówki Kochani! 

do następnego razu :* 

Ps. jak dobrze jest wrócić.... Tęskniliście??? ;)







czwartek, 9 marca 2017

z Ło do Bro.. część 1.

Akcja "przeprowadzka" jest już w trakcie.. jesteśmy tuż przed podjęciem zobowiązań z przeprowadzką związanych, kciuki, zwłaszcza jutro trzymane, będą niezwykle mile widziane! Chociaż droga przed nami jeszcze długa i dość wyboista, oboje z Połówkiem cieszymy się na nią bardzo! 

Nie będę Was tu szczegółami dotyczącymi przeprowadzki raczyć. Ci z Was, którzy mają chociaż jedną przeprowadzkę, z całym dobytkiem i to na większą odległość niż do klatki obok, za sobą, wiedzą doskonale z czym się to wiąże. Ci z Was, którzy jeszcze tego nie wiedzą, chyba lepiej żebyście nie wiedzieli, bo jeszcze przed planowaną przeprowadzką moglibyście się rozmyślić ;) Mimo wszystko zajęć jest masa, chociaż jeszcze do etapu pakowania pudeł nie dotarliśmy. Ale nie zrażamy się wcale, tylko z zapartym tchem oczekujemy tego dnia i tych kolejnych, kiedy już zaczniemy w nowym miejscu życie. 

Dziergam, chociaż kompletnie bezmyślnie i zupełnie nieegoistycznie (ja dziergam nie dla siebie?!). Popełniłam aż 2 męskie swetry w niedalekiej przeszłości, które Połówek nosi z przyjemnością, a ja z bananem na ustach Go w tych swetrach oglądam. Oba powstały w oparciu o ten sam projekt (Rift według pomysłu Jared'a Flood), jeden identyczny z projektem, drugi lekko zmodyfikowany, bo z guzikami pod szyją. Rękawy w tych swetrach, chociaż powinny być zszywane, zdecydowałam się wrobić od góry i bardzo jestem zadowolona z tego, jak się na ramionach układają. Wątpię, żeby udało nam się niebawem je obfotografować, ale jak się już w nowym miejscu urządzimy, z przyjemnością je Wam zaprezentuję :) Wtedy też coś więcej o tych rękawach opowiem. 

Niewątpliwie warto jest po ten projekt sięgnąć (coś w nim musi być skoro wyprodukowałam aż 2 jeden po drugim! co mi się jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło!). Konstrukcja jest bajecznie logiczna i matematyczna, dzięki czemu mamy piękną graficzną strukturę na ramionach. Taki niezwykły detal, który kompletnie nie odrzuca męskiego i wybrednego oka, a dziewiarkę cieszy, bo podnosi atrakcyjność projektu podczas dziergania - same nudne prawe mogłyby mnie osobiście zniechęcić. Technicznie nie jest to projekt dla całkiem początkujących, ale dostępne w opisie instrukcje gwarantują całkiem niezłą naukę ciekawych redukcji oczek czy dodawania oczek. Zdecydowanie warto się z tym projektem zmierzyć! Można się wiele nauczyć - no i przy okazji stworzyć prezent dla niebanalnego Pana. Od siebie dodam, że w męskim środowisku pracy, w jakim na co dzień Połówek się obraca, sweter ten został dostrzeżony i przyjęty z zainteresowaniem przez Kolegów: "gdzie można kupić takie GUZIKI!?" :)  

Kolejny projekt, z którym się ostatnio zabawiam, również należy do kolekcji od Brooklyn Tweed, i chociaż wiem, że wzory BT należą do tych "droższych", są według mnie warte każdego grosika! Oczywiście, gusta są różne, i absolutnie nie chcę Tobie narzucać własnej opinii, ale jak do tej pory nie miałam nigdy problemu ze zrozumieniem opisu od BT, a dostępne w nich techniki stanowią dla mnie świetne kompendium wiedzy o technikach i ciekawych rozwiązaniach. Ten, który teraz dziergam jest znów matematycznie genialny, o świetnej konstrukcji, i bardzo klasycznym cięciu. Jest tak dobrze "skrojony", że, jak słowo daję, zrobię sobie za momencik drugi! Ten, nad którym teraz pracuję jest dziergany dla Przyjaciela, i jest to Woodfords według pomysłu Elisabeth Doherty. Zabierając się za ten projekt dobrze jest znać minimum podstawy rzędów skróconych, reszta to czysta przyjemność budowania lekko strukturalnej dzianiny dwoma bardzo prostymi ściegami. Momentami może wydawać się nużący, zwłaszcza w końcowej fazie body, ale zakończone sweterki które ostatnio podglądałam na ravelry (spójrzcie chociażby na ten bajeczny egzemplarz wydziergany przez Gosik - klik), motywują mnie bezustannie, bo wiem, że ten projekt jest po prostu wart tego, żeby po prostu go wydziergać do końca!

Na koniec, na bezdechu kompletnym obejrzałam świeżo wydaną kolekcję od Brooklyn Tweedu, o uroczej nazwie BT Yokes - klik i klik
Uprzedzam pytanie - nie, nie pracuję dla BT, chociaż, nie powiem, bardzo bym chciała.. żeby chociaż móc te wełny do paczek pakować.....! ale nie mogę przejść obojętnie obok projektów, które publikują! A ostatnia kolekcja po prostu mnie zachwyciła, mam tam 4 ulubieńców - to chyba nieźle! :D i szczerze powiedziawszy, oglądając te piękne dzianiny, zaczynam żałować, że zima ma się ku końcowi... 


Wybaczcie, że słowem post jest malowany, nie zdjęciami, ale warunki wysoce są niesprzyjające.. co mam nadzieję niebawem się zmieni. 

Pamiętajcie - jutro trzymajcie za nas kciuki! z góry dziękuję!

Słońca i wełny do wypęku! 

buziaki!






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Napisz do mnie / Send me a message:

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *